Home Temat numeru Zwykły człowiek – zwykła inspiracja

Melodia tej piosenki rozbrzmiewa mi w głowie za każdym razem, gdy słyszę nazwisko Frassati. Jakakolwiek wzmianka na temat tego włoskiego błogosławionego, a w mojej głowie uruchamia się płyta, która w kółko wyśpiewuje, że „Ciemny Typ to ja i Ty, jasne są reguły gry, jeśli komuś możesz pomóc, to pomagaj”. I tak ciągle.

Piętnaście lat temu w czasie rekolekcji dla dzieci i młodzieży w naszej parafii ojciec, który te rekolekcje prowadził, włączał nam tę piosenkę aż do znudzenia. Przed nauką, po nauce, w trakcie nauki. Efekt był taki, że dzieci chodziły szkolnymi korytarzami nucąc non stop, że „jeśli komuś możesz pomóc, to pomagaj”. A potem, kiedy ojciec już przykuł naszą uwagę w dość makabryczny sposób (wyświetlając nam zdjęcie Piotra zrobione w trumnie), powiedział coś, co pamiętam do dziś i co wraca do mnie jak mantra, gdy czasem myślę, że życie Piotra mogłoby być całkiem sensowną inspiracją na własny sposób życia.

Fakty świadczą przeciwko niemu. Bo niby jaką inspiracją mógłby być dziś Piotr Frassati? Niektórzy z nas już teraz żyją dłużej niż jemu było dane (zmarł mając 24 lata), a w dodatku żyjemy w czasach, których on być może nawet nie potrafiłby sobie wyobrazić – od jego śmierci minęło ponad 90 lat, a świat wykonał w tym czasie niejedną woltę, za każdym razem w inną stronę. Jak w takim świecie skądinąd sympatyczny włoski chłopak mógłby stanowić inspirację? Jak? W jaki sposób?

Był normalny i został świętym. Takie słowa padły na wspomnianych wcześniej rekolekcjach. I powtarzały się przez trzy dni. W czasie nauk, w czasie Mszy świętej, w czasie zajęć w grupach. Był normalny i został świętym. Tak jakby ojciec od rekolekcji chciał, by nam te słowa zapadły nie tylko w pamięć, ale i w serca. Mnie zapadły. Na pytanie o Frassatiego zwykle mówiłam, że był taki normalny, a mimo to Kościół zaliczył go w poczet swoich wybranych. Dopiero z czasem zaczęłam odkrywać, że definicji normalności jest tyle, co ludzi na świecie.

Hagiografia świadczy przeciwko niemu. Był zwyczajnym chłopcem. Przeciętnym wręcz, jeśli spojrzeć na niego przez pryzmat niektórych świętych i błogosławionych Kościoła katolickiego. Józef z Copertino latał, i to wcale nie samolotem. Ojciec Pio pachniał fiołkami, i to wcale nie dzięki Armaniemu. Katarzyna ze Sieny rugała papieża, i to wcale nie słowami Pisma świętego. A Piotr nic… Ani nie latał, ba, nawet nie lewitował, nie był mistykiem, nie czytał w myślach, nie bilokował się, a jeśli pachniał, to zapewne ówczesną wersją Abercrombie czy innego Hattricka. I nie czynił żadnych cudów. Ale czy na pewno?

Cudem było całe jego życie. Młody, przystojny, pochodzący z dobrej rodziny, wykształcony i kochający górskie wycieczki. Kochający życie. Radosny i uśmiechnięty, tak go zapamiętano. Lawina Życia, tak o nim mówiono. Wychodził z domu i działy się cuda. Bo nie bał się iść do tych, do których iść nie chciał nikt albo szli ci, których charyzmat zakonny do tego popychał. Wyciągał rękę do biednych, choć nie podobało się to jego dobrej rodzinie, a przyjaciele nie do końca rozumieli, o co mu właściwie chodzi, kiedy zachęcał ich do tego samego. Przypominał, że na świecie nie ma tylko jasnej, jest też ta ciemna, gdzie mało kto się chce zapuścić, ale niektórzy czasem tam trafiają nie z własnej winy. Miał dwadzieścia i kilka lat, mógł jeździć szybkimi samochodami, palić fajkę, spędzać czas z przyjaciółmi na świetnej zabawie. I robił to. Ale oprócz tego pokazywał, że niesienie pomocy i normalność idą ze sobą w parze. Że normalnością można zasłużyć sobie na miejsce w niebie. Że święty nie znaczy idealny. Że Boga i modlitwę do Niego można nieść wszędzie tam, gdzie akurat nogi nas niosą. Nawet na wysokie góry. Bo przecież On już tam jest. W końcu sam je stworzył.

Współczesny świat też jest przeciwko niemu. Ale nie tak, że zwalcza tego błogosławionego chłopaka z Turynu. Nie, nie w ten sposób. Przywykliśmy do spektakularnych akcji, wielkich wydarzeń, cudów z rozmachem, dlatego tak trudno nam przyjąć Piotra do naszego życia, jak najlepszego kumpla, bo on jest taki… Taki normalny. Dokładnie to ciśnie się na usta i tylko taka odpowiedź może paść w tym kontekście. Nauczyliśmy się, że inspirują nas ci, którzy się angażują w projekty najlepiej na światową skalę (albo krajową, jeśli nie ma innej), których efekty prac widzimy w plebiscytach z nagrodami. Albo na Instagramie czy Facebooku. Ale czy pamiętamy jeszcze to określenie „cichy bohater”?

Pamiętamy, prawda? Kimś takim właśnie był Piotr Frassati. Ciemny Typ. Tak nazwał siebie i swoich przyjaciół, zakładając Towarzystwo Ciemnych Typów. Włoski słownik podpowiada, że równie dobrze mogliby się nazywać Luźne Typy. Wyluzowani ludzie. Radośni, ale nie lekceważący. Beztroscy, ale nie nieodpowiedzialni. Niosący pomoc, ale żyjący własnym życiem pełnym przygód, ciekawości, niespodzianek i radości. I właśnie dlatego trzy na dziesięć zapytanych przez mnie osób o Frassatiego, nie miały pojęcia, o kogo chodzi. To taki zwykły człowiek, jak go zapamiętać? To zrozumiałe. Normalni ludzie wreszcie mają swojego patrona i mentora. Tym lewitującym polecam Józefa z Copertino.

Nie do końca o tym miał być ten tekst. Chciałam napisać, czym Piotr dziś w XXI wieku mógłby zainspirować kobiety, głównie te młode, ale przecież nie tylko. I nic z tego nie wyszło, bo pierwsza odpowiedź, jaka przyszła mi do głowy brzmiała: „niczym”. A po niej przyszła następna, że na pewno nie ilością stowarzyszeń i grup, do których należał. Gdyby dzisiaj jakaś kobieta dołączyła do takiej ilości grup duszpasterskich i charytatywnych, zabrakłoby jej czasu na to, co Piotrowi dawało najwięcej radości i przez co wypełnił swoją świętość. Życie. Biografowie podkreślają, że taka ilość działalności dodatkowej pozwalała mu się rozwijać i dojrzewać, ale – nie czarujmy się – inne czasy, inna mentalność. Te odpowiedzi, które podsuwał mi mój złośliwy umysł, nie są tymi ostatecznymi. Im dłużej nad tym myślałam, im częściej popadałam w nastrój „hmmm-hmmm” próbując rozwikłać zagadkę tej inspiracji w osobie Frassatiego, tym usilniej przebijała się do mnie jedna myśl. Wyraża się w jednym słowie. Balans. Życie Piotra to był balans między – uwaga! – radością życia a niesieniem pomocy. Nie trzeba się umartwiać, by być dobrym dla innych, czyż nie?

Układając sobie w głowie różne pytania, na które chciałam tu odpowiedzieć, przyszło mi do głowy i takie: Jak może inspirować zwyczajny chłopak, który po prostu pomagał ludziom? Serio?!?! Naprawdę się o to zapytałam?! To wręcz niewiarygodne, wręcz zakrawające na obelgę i komplement w jednym. A zaraz potem wróciła melodia tej nieszczęsnej piosenki, której dziś nie mogę nawet znaleźć w Internecie, w którym podobno jest wszystko. I przyniosła odpowiedź, która dla Piotra była prosta i oczywista. Dla mnie też powinna być. „Jeśli komuś możesz pomóc, to pomagaj”. Proste.

Dodaj komentarz


*

ŚWIĘTY O POWOŁANIU

buy Lasix online Książka teolożki Marty Kowalczyk Błogosławiona Dorota z Mątowów. Życie i duchowość to przede wszystkim zapis duchowych doświadczeń...

RECENZJE

0 28

Nie sięgam po fantastykę, ponieważ nie leży ona w kręgu moich zainteresowań literackich. Tym razem jednak sięgnęłam. Mogłabym przyznać, że nie miałam...