Home Temat numeru Zmaterializowali kazanie na górze

O pierwszych polskich misjonarzach męczennikach, którzy 5 grudnia zostali ogłoszeni błogosławionymi opowiada o. Jarosław Wysoczański OFMConv., współbrat i ówczesny przełożony ojców Michała Tomaszka i Zbigniewa Strzałkowskiego.

Jak historia połączyła Ojca z przyszłymi błogosławionymi?

Ta historia jest bardzo długa. Z Michałem znałem się od piętnastego roku życia – uczyliśmy się w niższym seminarium w Legnicy, potem obaj wstąpiliśmy do zakonu. Formację zakonną od nowicjatu aż do święceń przeżywałem wspólnie ze Zbyszkiem.

Tylko przez rok po święceniach pracowaliśmy w różnych miejscach – Zbyszek został wicerektorem w niższym seminarium duchownym w Legnicy, a ja pracowałem na drugim skraju Polski – w Horyńcu-Zdroju. W 1988 roku wyjechaliśmy do Peru. Po roku dołączył do nas Michał, który wcześniej pracował w Pieńsku.

Prawie pół życia, ich życia, przeżyliśmy razem.

Jak w tak młodych kapłanach rodziło się powołanie misyjne?

We mnie powołanie misyjne rodziło się już bardzo wcześnie. Ono jest mocno związane z moim franciszkańskim powołaniem zakonnym. W młodości spotkałem wielu misjonarzy i sen, żeby gdzieś wyjechać, towarzyszył mi od zawsze.

Święty ojciec Franciszek w naszej regule zakonnej napisał (mowa o misjach w tego typu oficjalnych dokumentach Kościoła była wówczas nowością), że ci bracia, którzy chcą jechać do saracenów „niech proszą o to swoich ministrów prowincjalnych, a ci po rozważeniu niech podejmą decyzję”.

Ten duchowy proces powołania brat odczuwa wewnątrz, próbuje rozpoznać wolę Bożą a jej konkretnym wyrazem jest zgoda prowincjała, któremu przedstawia się prośbę. To jest dość istotne w perspektywie beatyfikacji – Zbyszek i Michał są tymi, którzy zostali posłani. Nie byli w Peru w swoim imieniu. Dostali mandat od swojego przełożonego, który reprezentuje Boży zamiar. W tym kontekście to jest coś niesamowitego – ci bracia przez swoje męczeństwo mówią nam, że misja jest zawsze realizacją planu Pana Boga.

We trzech zakładali Ojcowie nową misję. Czy odkrywanie tego Bożego planu też było wspólne?

Zgoda przełożonych na wyjazd misyjny jest odpowiedzią na oficjalną prośbę zainteresowanego. Kiedy ja złożyłem w tej sprawie podanie, to prowincjał zachęcił mnie wówczas do rozmów ze Zbyszkiem i Michałem. „Myślimy, że wy we trzech będziecie zakładać nową misję” – powiedział. Wtedy nastąpił dopiero oficjalny dialog na temat misji. Wcześniej te kwestie poruszaliśmy w luźnych rozmowach, jak to jest między przyjaciółmi – bracia dzielą się ze sobą tym, co mają w sercu.

W seminarium mieliśmy kółko misyjne. Czuło się, kto jest zainteresowany misjami. Odwiedź stronę austriackiego quizu online casino.

Ojciec mówi, że jego powołanie misyjne związane jest z zakonnym, czyli rodziło się jeszcze w świecie?

Przed wstąpieniem do nowicjatu spotkałem wspaniałych misjonarzy z Zambii. Potem jednego z naszych ojców, który pracował w Japonii. Trzeba pamiętać, że to jest czas komuny w Polsce. Jedynymi ludźmi, którzy mówili wtedy o innym świecie, byli przede wszystkim misjonarze. W takich bezpośrednich z nimi spotkaniach można było misji dotknąć w sposób wręcz namacalny, zapytać o sprawy, które nas interesowały. A do tego wszystkiego pokazywali slajdy i opowiadali niesamowite historie.

Dla Zbyszka bardzo charakterystyczna była fascynacja osobą św. Maksymiliana Kolbego. W podaniu o przyjęcie do zakonu napisał: „Chcę wstąpić do tego zakonu, bo ten zakon jest wspaniały, ponieważ wydał w ostatnich czasach bł. Maksymiliana Kolbego”. Dla niego zakon był miejscem uświęcenia. Miejscem życia Ewangelią w sposób radykalny.

Początkowo myśleli Ojcowie o misji w Boliwii, ale przełożeni zdecydowali, że Ojcowie otworzą zupełnie nową placówkę w Peru. Jakie zadania tam na Ojców czekały?

Zacznijmy od tego, że nie chcieliśmy osiedlić się w jakimś wielkim ośrodku peruwiańskim, tylko na peryferiach, chociaż nie w ekstremalnych warunkach, jakich tam nie brakuje. Po drugie zależało nam na diecezji, która nie ma historii, żebyśmy mogli być tam zaczątkiem Kościoła lokalnego. Po trzecie myśleliśmy, żeby w tym miejscu rozpocząć formację przyszłych braci.

W ten sposób trafiają Ojcowie do nowo powstałej diecezji Chimbote.

Diecezja Chimbote to jedno duże miasto, dawny mały rybacki port morski, który bardzo się rozwija podczas drugiej wojny światowej; powstaje tam m.in. fabryka żelaza. Bardzo ubogie, robotniczo-rybackie miasto na pustyni, bez historii. Poza tym mnóstwo małych parafii rozrzuconych między dolinami i szczytami Andów. Obejmujemy jedną z takich górskich parafii, dzięki czemu mamy do czynienia z w miarę jednolitą grupą etniczną – w mieście jest dużo ludności napływowej, z różną mentalnością czy nawet ekspresjami lingwistycznymi.

Jak zaczyna się historia Ojców w Pariacoto?

Przylatujemy do Peru i rozdzielamy się. Ja zostałem w Chimbote i poznawałem rzeczywistość miasta; chodziło też o integrację z klerem tubylczym, z Kościołem, do którego zostaliśmy posłani. Zbyszek przechodzi chrzest bojowy w górach pod okiem starszego kapłana z Tyrolu, który wprowadza go w rzeczywistość pracy wśród Indian, potomków Inków. Spotykaliśmy się co dwa tygodnie i dzieliliśmy doświadczeniami.

Długo trwał taki proces adaptacyjny?

Mniej więcej sześć miesięcy. Wówczas dojechał do nas Michał, który studiował język hiszpański w Limie. My właściwie nie uczyliśmy się języka, dogadywaliśmy się z miejscowymi tak po prostu, czasami korzystaliśmy z pomocy nauczycieli. Michał przygotował się do tego solidnie. Miał też umiejętności językowe. 30 sierpnia 1989 roku, w uroczystość św. Róży z Limy oficjalnie obejmujemy misję w Pariacoto, która obejmowała cztery duże parafie, 74 wioski.

Czekała na Ojców zwykła duszpasterska praca? Odprawialiście Msze, spowiadaliście, udzielaliście innych sakramentów?

To z pewnością, ale trzeba pamiętać, że przyjechaliśmy do Pariacoto niespełna dwadzieścia lat po trzęsieniu ziemi w Peru, w czasie którego zginęło 66 000 osób, a 25 000 uznano za zaginione. W Pariacoto życie misji organizowały od tego pamiętnego roku 1970 siostry Służebniczki Najświętszego Serca Pana Jezusa. Początkowo musiały poświęcić cały dzień w podróży, żeby przywieźć Pana Jezusa. Kapłan przyjeżdżał tam od czasu do czasu. Stąd też wyczekiwanie kapłana w tym miejscu było bardzo duże.

Pragnienia sióstr zaspokajają polscy franciszkanie po blisko dwudziestu latach…

Trafiliśmy do Peru z biednej Polski. Przywieźliśmy właściwie tyle, co można było włożyć do walizki i trochę drobnych ofiar, które otrzymaliśmy od swojej prowincji. Zawsze podkreślam, że ubóstwo jest wspaniałym elementem budującym wspólnotę. Bo jak czegoś nie mam, to muszę zapukać i o to poprosić. Kiedy się prosi, między ludźmi rodzi się więź. Im więcej tego pukania, tym wspólnota zatacza większe kręgi.

Wrócę do pytania o Ojców zadania w Pariacoto.

Do 1989 roku w Pariacoto nie było na stałe kapłanów. Część ich obowiązków spełniali katechiści. Dostosowaliśmy się do zastanej sytuacji i w pierwszej kolejności postawiliśmy na formację świeckich. Druga rzecz to walka z ubóstwem i zajęcie się sprawami socjalnymi miejscowej ludności, zwłaszcza, że w tym czasie doświadczyliśmy dwóch kataklizmów – suszy (przez dwa lata nie spadł deszcz) i epidemii cholery. Trzecia sprawa to rozpoczęcie formacji dla przyszłych franciszkanów – tuż przed śmiercią Michała i Zbyszka mieliśmy już trzech postulantów.

Praktycznie od podstaw budowali Ojcowie Kościół.

Budowanie Kościoła w tamtym czasie było czymś pięknym, bo Kościół rozpoczynał się od tych, których najbardziej kocha Chrystus – od najbiedniejszych. Zbyszek i Michał bardzo jasno nam mówią, aby być dla tych, którzy są wykluczeni, żyją gdzieś daleko, z którymi nikt nie chce być, bo rzeczywiście są biedni pod względem duchowym i materialnym. To jest to, co Pan Bóg kocha najbardziej.

Przez śmierć Zbyszka i Michała Pan Bóg chce nam pokazać swoje misterium wobec całej ludzkości. Trzeba być po stronie tych, którzy są poniewierani, których się używa, którzy są dotknięci strukturalnym grzechem niesprawiedliwości, eksploatacji. W Zbyszku i w Michale spełnia się jedna z najpiękniejszych definicji nowej ewangelizacji, która polega na życiu między ludźmi, jak apostołowie, jak uczniowie Chrystusa. My nie jesteśmy na tym świecie, aby pouczać, aby dawać recepty, aby mówić jak postępować – pierwszą siłą ewangelizacji jest nasz styl życia. I tylko dotknięte takim życiem serce potrafi się zmienić. Zbyszek z Michałem to byli ludzie, którzy żyli a potem przepowiadali.

To piękne świadectwo ich życia, które Ojciec kreśli przerwała męczeńska śmierć. Ojciec był wtedy na urlopie w Polsce. Jak Ojciec wspomina te tragiczne wydarzenia?

Dla mnie to było wyjątkowo smutne, bo o śmierci Zbyszka i Michała dowiedziałem się z Teleexpressu. To był rok 1991, więc komunikacja np. telefoniczna była dość ograniczona. Pan Bóg tak to poukładał, że tę wiadomość usłyszałem w gronie rodziny, która żegnała mnie przed powrotem do Peru. Dostałem wtedy od nich bardzo dużo wsparcia.

Natychmiast przyjechałem do Krakowa, skąd mogłem porozumieć się z Peru, ustalić szczegóły i sporządzić raport. Wówczas w Polsce trwały Światowe Dni Młodzieży a w tę niedzielę papież Jan Paweł II na krakowskim rynku beatyfikował Anielę Salawę. Po uroczystościach przyszedł do naszego kościoła pomodlić się przy jej grobie, więc miałem okazję się z nim spotkać. To był jedyny człowiek, który mnie wtedy rozumiał, bo był w Peru, widział miejsca, w których rodzi się terroryzm a w języku keczua, jak Inka, krzyczał z mocą: „nie zabijajcie się!”. Wręczyłem ojcu świętemu raport, któremu dałem tytuł: „Oddali życie za Chrystusa”. Po chwili zadumy powiedział: mamy nowych świętych męczenników.

Po męczeńskiej śmierci swoich współbraci Ojciec stawiał sobie na nowo pytanie o jego powołanie?

Po ich śmierci długo zastanawiałem się jakie jest moje miejsce. Teraz też się zastanawiam jakie jest moje miejsce po beatyfikacji. Każdy z nas ma jakąś misję do spełnienia. Wysiłek polega na tym, żeby odkrywać – także przy pomocy ludzi – znaki, które są wokół nas i koncentrować się na tym, jak do nas mówi Pan Bóg, gdzie nas posyła. Ten stan jest w człowieku permanentny. Plan na nasze życie zaczyna się tworzyć w dialogu z Bogiem. Ważne, żeby nie postrzegać Pana Boga na sposób ludzki, ale być otwartym na słuchanie Go i być jedynie przekazicielem tego, co rodzi się z tego osobistego spotkania, z tej jedności między nami.

Komu ci męczennicy będą patronowali jako błogosławieni? Czy jest jakiś charakterystyczny rys ich kultu?

Zbyszek bardzo kochał chorych, bardzo dyskretnie ich odwiedzał. Dziś ludzie przychodzą do grobu i modlą się do niego jako do swojego lekarza. Michał był wielkim miłośnikiem dzieci i młodzieży, bardzo dużo czasu z nimi spędzał, uczył ich pieśni. Dla wielu osób był kierownikiem duchowym. Był bardzo blisko ludzi – tę bliskość czuć, gdy dziś ludzie zwracają się do nich o pomoc.

Ojciec mówi, że o. Michał miał bardzo dobry kontakt z młodzieżą. Ale przecież oni sami byli bardzo młodymi ludźmi.

Zbyszek miał 33 lata, a Michał 31. Ich śmierć, ich męczeństwo jest wielkim wezwaniem do młodych ludzi – pytaniem, na jakim fundamencie budują swoje życie. Czy będziemy szli w kierunku dzikiego konsumizmu i indywidualizmu czy będziemy wrażliwi na tych, z którymi nikt nie chce być? Czy chcemy uczestniczyć w projekcie miłości Pana Boga, czy chcemy kochać i być solidarnymi z tymi, którzy są prześladowani, ubodzy, z marginesu?

Obserwuję, zwłaszcza w mediach czy wśród polityków, wielki infantylizm kultury religijnej. Zbyszek i Michał mówią nam o tym, że być uczniem Chrystusa, to znaczy przyjąć i zidentyfikować się ze stylem życia, jakie prowadził Chrystus. Oni swoim życiem pokazali, że wszystko co robili wynikało z więzi z Chrystusem. Dlatego ich beatyfikacja jest zaproszeniem do osobistego spotkania z Chrystusem, które będzie się materializowało w naszych kontaktach z ludźmi, w stylu bycia i tak dalej.

Pan Bóg najbardziej kocha tych, którzy są przedłużeniem pamięci o jego Synu tutaj na ziemi, czyli wybrali wszystkie wartości, którymi On żył. A On żył w sposób ekstremalny, uniżył się. Dlatego jak idziemy do najbiedniejszych, to powtarzamy to, co zrobił Chrystus. Pan Bóg to kocha. Niektórzy doświadczają tego w sposób ekstremalny i stają się męczennikami. A niektórzy, tak jak ja i ty, muszą dalej być uczniami Chrystusa, przedłużając pamięć o Nim. Nie tylko przez modlitwę, ale przede wszystkim przez styl życia.

Oni są obecni w Ojca modlitwach?

Od samego początku, kiedy Zbyszek z Michałem odeszli, czuję ich obecność. Było wiele różnych sytuacji w moim życiu a oni nigdy mnie nie opuścili, wstawiają się i są. Z drugiej strony prowokują mnie do osobistej świętości. Błogosławiony znaczy szczęśliwy. Przez akt beatyfikacji Kościół stwierdza, że Zbyszek i Michał są tymi, którzy niejako zmaterializowali kazanie na górze. Błogosławiony to święty, który ma odwagę żyć słowami Chrystusa.

Rozmawiał Przemysław Radzyński
1 komentarz do tego artykułu
  1. Wspolczesna biblistyka stoi na stanowisku, ze kazanie na gorze nie zostalo wygloszone tak jak je przekazuje Mateusz, a jest jego kompozycja z roznych wypowiedzi Jezusa, wielu zawartych w zrodle Q . Ewangelia Lukasza zachowuje w wiekszym stopniu oryginalny kontekst i kolejnosc wielu wypowiedzi.

ŚWIĘTY O POWOŁANIU

Książka teolożki Marty Kowalczyk Błogosławiona Dorota z Mątowów. Życie i duchowość to przede wszystkim zapis duchowych doświadczeń tej mistyczki z XIV wieku....

RECENZJE

0 117

Kiedy sięga się po książkę, której tytuł ewidentnie jest oksymoronem, właściwie nie wiadomo, czego się spodziewać. Ryczące owieczki ze zdjęciem pięknego stada owiec, kto...