Home Temat numeru Taize to rzeczywistość wyjątkowa

„Czasem jesteśmy w takim momencie, że nie wiemy w jaką stronę należy pójść. Życiowe decyzje ukierunkowują nas w konkretną stronę, a to może być trudne, bo chcielibyśmy sobie zostawić możliwość wyboru. Ale rzeczy piękne w naszym życiu, na ogół wiążą się z podejmowaniem ryzyka” –  mówi br. Wojciech Jerie, jeden z trzech Polaków we wspólnocie braci z Taize.

 

W którym momencie zaczął Brat odkrywać, że Pan Bóg powołuje go do czegoś innego niż klasyczne powołanie, czyli małżeństwo i rodzina.

Dla mnie słowo powołanie zawsze miało duży ciężar gatunkowy; byłem przekonany, że jest to rzeczywistość zarezerwowana dla jakichś szczególnie wybranych osób –  lekarzy, księży, sióstr zakonnych. I dopiero przyjeżdżając do Taize zrozumiałem, że Pan Bóg wszystkich z nas do czegoś powołuje, że powołanie to nie jest rzeczywistość zarezerwowana tylko dla wybranych, ale dotyczy każdego z nas. Jesteśmy zaproszeni do tego, żeby pójść za Chrystusem tam, gdzie jesteśmy. 

W Taize nabrałem też przekonania, że to nie jest tak, że Pan Bóg zaplanował nam jakąś jedną drogę, i jeśli jej nie wybierzemy, to będzie katastrofa. Nie. Pan Bóg zostawia nam przestrzeń wolności. Z darami, które otrzymaliśmy, z naszymi talentami, jesteśmy zaproszeni do tego, żeby za Nim pójść i oddać swoje życie.

Ale żeby to zrobić na pewno trzeba się wsłuchiwać w głos Pana Boga, żeby zrozumieć jakich konkretnie wyborów powinniśmy dokonywać. Taize było dla mnie miejscem, gdzie to powołanie wzrastało, bo są tam i czas, i przestrzeń do tego, żeby słuchać. Odpowiadając wprost na pytanie – nie było jednego momentu, kiedy wszystko stało się jasne – to był raczej czas dojrzewania, przygotowywania decyzji, także tych, które wiążą na całe życie.

Pierwsze spotkanie Brata z Taize?

To było pierwsze Europejskie Spotkanie Młodych we Wrocławiu w roku 1989. Niewiele pamiętam z tego czasu, ale w pamięci zostało np. to, że w tym szarym Wrocławiu nagle pojawili się ludzie z kolorowymi plecakami, w kolorowych kurtkach, którzy bardzo głośno mówili na przystankach tramwajowych. Wtedy dużo więcej nie wiedziałem, ale podczas drugiego wrocławskiego spotkania sześć lat później ktoś zapytał, czy mogę się zaangażować jako wolontariusz w mojej parafii. Włączyłem się w przygotowania na poziomie lokalnym. Wtedy też w domu przyjmowaliśmy dwóch chłopaków – jednego z Włoch, jednego ze Słowenii. To było bardzo piękne doświadczenie. Dzięki temu spotkaniu odkryłem też w mojej parafii wspólnotę ludzi, którzy robili coś więcej – wspólnie podjęliśmy wyzwanie przyjęcia pielgrzymów i znalezienia rodzin, które mogłyby ich przyjąć.

A kiedy pierwszy raz odwiedził Brat wioskę Taize?

Rok po tym spotkaniu we Wrocławiu, czyli w roku 1996. Miałem już wtedy 18 lat.

Z jaką intencją?

Pojechałem z kilkoma osobami. To był czas odkrywania. W Taize bardzo dużo się dzieje – są młodzi z całego świata, modlitwa trzy razy dziennie, wiele spotkań – miałem wrażenie, że podczas samego tygodnia w wiosce nie wszystko zrozumiałem, ale dopiero wracając do mojej rzeczywistości we Wrocławiu, dotarło do mnie, że jest to miejsce wyjątkowe, i że warto będzie tam jeszcze wrócić.

Na czym polegała ta wyjątkowość Taize w oczach Brata?

Po powrocie do domu zacząłem się zastanawiać, dlaczego ludzie w tym miejscu są życzliwi, dlaczego ufają sobie nawzajem, dlaczego ci, którzy ofiarują swój czas, żeby sprzątać toalety, robić coś bezinteresownie dla innych odkrywają w tym radość. Myślę, że to doświadczenie było zaproszeniem do tego, żeby wrócić.

Wracał Brat do Taize?

W trakcie studiów. Wtedy zaczęły pojawiać się pierwsze myśli, czy być może moją drogą nie jest oddanie życia Bogu angażując je w kapłaństwo czy życie zakonne. Zacząłem się nad tym zastanawiać czy nie warto zostać w Taize na dłużej, żeby dobrze to przemyśleć. Doszedłem do wniosku, że jeśli to Pan Bóg składa te pragnienia w moim sercu i są one prawdziwe, to to przetrwa.

Co to były za studia?

Elektronika i telekomunikacja na Politechnice Wrocławskiej. Doszedłem do wniosku, że byłoby to zbyt łatwe, żeby zaraz na początku przerwać studia i szukać szczęścia gdzie indziej.

Czyli studia były swoistą próbą dla tego, co rodziło się w sercu? Był to czas weryfikowania tego, czy ten głos Pana Boga, który Brata wzywa jest realny?

Być może potrzebowałem więcej czasu. To była też okazja, żeby zaangażować się w duszpasterstwo akademickie, żeby podjąć odpowiedzialności w tym duszpasterstwie. Myślę, że i ja, i ta decyzja w tym czasie dojrzewały.

Po studiach zdecydował się Brat na dłużej wyjechać do Taize.

Na ogół na dłużej w Taize zatrzymuje się grupa ok. 20 chłopaków i dziewczyn, którzy też szukają odpowiedzi na nurtujące ich życiowe pytania, co nie znaczy, że wszyscy zostają we wspólnotach zakonnych. Na ogół są to osoby, które kończą jakiś etap w swoim życiu, rozpoczynają nowy i zastanawiają się nad tym, co dalej. Modlitwa trzy razy dziennie, wspólne życie to jest coś co pozwala na znalezienie priorytetów w życiu.

Co wydarzyło się w czasie tego rocznego pobytu w Taize, zaraz po studiach?

Myślę, że to przede wszystkim sposób życia, prostota, dzielenie się wyzwaniami codzienności. Cenne w tym czasie było to, że bracia wysłali mnie do Portugalii, żebym przez cztery miesiące przygotowywał Europejskie Spotkanie Młodych w 2004 r. Zajmowałem się kontaktem z kilkunastoma młodymi ludźmi, którzy odpowiadali za organizację tego spotkania w parafiach. Jedna z parafii była szczególna – jej znaczną część stanowiły slumsy. Mieszkali tam głównie czarnoskórzy emigranci z dawnych kolonii portugalskich. Do tych dużych skupisk ludzkich, w domach z kartonów, przychodziliśmy z braćmi co dwa tygodnie na modlitwę. Dla mnie to było bardzo poruszające, jak dużo wysiłku włożyli tamtejsi młodzi, by przygotować miejsca, aby przyjąć tam pielgrzymów. To było dla mnie ważne i pomogło mi odważyć się podejmować decyzje w życiu.

Czasem jesteśmy w takim momencie, że nie wiemy w jaką stronę należy pójść. Życiowe decyzje ukierunkowują nas w konkretną stronę, a to może być trudne, bo chcielibyśmy sobie zostawić możliwość wyboru. Odwaga młodych Portugalczyków pomogła mi dokonywać moich wyborów.

Kilka razy w Taize uczestniczyłem w tygodniowych rekolekcjach w ciszy. To też był czas rozeznawania, ale to nie znaczy, że zawsze po tych rekolekcjach zapadała jakaś konkretna decyzja. Zrozumiałem też to, że wybór powołania nie musi wiązać się ze stuprocentową pewnością. To zawsze jest podjęcie ryzyka w naszym życiu – rzeczy piękne wiążą się na ogół z podejmowaniem ryzyka. Doświadczenie Portugalii pomogło mi podjąć ryzyko.

Z kilkunastoletniej perspektywy życia we wspólnocie braci z Taize to ryzyko opłacało się?

Nigdy nie traktowałbym tego w kategoriach „czy się opłacało”. To jest droga, na którą się wchodzi, i na której czekają nas różne rzeczy. Podjęcie decyzji na całe życie nie jest jednorazowe. Decyzje podejmuje się także będąc już na tej drodze, chociaż ta pierwsza jest oczywiście ważna.

Czy spotkanie z br. Roger miało wpływ na pozostanie we wspólnocie?

Br. Roger był kimś wyjątkowym, emanowały z niego pokój i dobroć. Wydawało się, że jest prawdziwym świadkiem Chrystusa. Zarówno on, jak i inni bracia, którzy żyli we wspólnocie byli dla mnie świadkami, że można żyć Ewangelią. Że to nie są tylko piękne słowa, ale że jest to też konkret życia. 

Ma Brat w pamięci jakieś szczególne wspomnienie z nim związane?

Byłem ostatnim bratem, którego br. Roger przyjmował do Taize. Kilka miesięcy byłem z nim w jednej wspólnocie. Był już wtedy starszym człowiekiem. Zapamiętałem, że był wierny w drobnych rzeczach.

W Taize mieszkała też siostra br. Roger, która przyjechała do wioski, żeby zająć się sierotami wojennymi, które przyjął założyciel naszej wspólnoty. Została do końca życia. Br. Roger codziennie się z nią spotykał. Mieszkała w innym miejscu, więc jeden z braci podwoził br. Roger do niej. Te spotkania nie były długie – czasami było to 5-10 minut. Niewiele mówili. Ale widywali się codziennie. Dla niego to było ważne. A przecież żyjąc w tak dużej wspólnocie jest wiele obowiązków, więc codzienne spotkania z siostrą, chociażby krótkie, nie były oczywiste. Wierność w niewielkich rzeczach.

Jakieś przesłanie, słowa, które utkwiły w pamięci?

Br. Roger mówił, że możemy stawiać kroki na drodze wiary, jeśli zaczynamy urzeczywistniać to, co zaczynamy rozumieć. Jeśli zaczynamy rozumieć jedno zdanie, albo nawet jedno słowo z Ewangelii, to jesteśmy zaproszeni, żeby tym żyć. Wtedy możemy odkrywać więcej. Dzisiaj wiele osób, kiedy bierze się za realizację jakiegoś projektu zaczyna się zastanawiać czy to ma sens, czy ma możliwości, żeby to zrealizować, czy to się opłaca. Ewangelia zaprasza do czegoś innego – żeby zaufać. Podejmując ryzyko dane jest nam uczyć się tej ufności.

Jest jakieś słowo z Ewangelii, które aktualnie prowadzi Brata?

Na różnych etapach życia, różne słowa nas jakoś inaczej poruszają. Br. Roger zachęcał, żebyśmy stawali się ludźmi komunii, czyli głębokiej jedności z Bogiem i ludźmi. Dziś ta jedność jest wyzwaniem – także w Polsce. Przygotowując spotkanie we Wrocławiu jest dla nas ważne doświadczenie jedności, spotkanie się razem, zjednoczeni w Chrystusie. Być może pierwszym powołaniem każdego z nas jest wezwanie Chrystusa, abyśmy byli jedno…

Co jest powołaniem braci z Taize?

Br. Roger przyjeżdżając pierwszy raz do Taize był zupełnie sam, ale jego pragnieniem było to, aby przyszła wspólnota mogła być znakiem. Używał innego słowa – przypowieść, czyli coś, co jest zrozumiałe z jednej strony, a z drugiej odsyła nas do innej rzeczywistości. Bracia pochodzą z różnych kontynentów, z różnych krajów, z różnych tradycji chrześcijańskich, a żyją wspólnie, razem się modlą i w ten sposób dają świadectwo wiary. To samo w sobie jest znakiem, że to jest możliwe w świecie naznaczonym podziałami i konfliktami. To jest znak nadziei.

Ci młodzi, którzy przyjeżdżają do Taize szukać tego, co w ich życiu jest ważne, nie zdają sobie nawet sprawy z tego, że mieszkając razem, dzieląc się, żyjąc w prostocie sami stają się znakiem dla innych, bardzo konkretnym. Odkrywają też takie swoje potrzeby, z których wcześniej nie zdawali sobie sprawy. W dzisiejszym świecie żyjemy bardzo szybko, świat naznaczony jest postępem technologicznym, który ułatwia nam życie, ale też zmienia sposób w jaki się komunikujemy, wpływa na nasze relacje. Być może doświadczenie prostoty relacji, bez urządzeń pośredniczących jest czymś, co pozwala nam odnaleźć radość z tego, że po prostu jesteśmy razem czy ciekawość drugiego człowieka; ta różnorodność przynosi odkrycie nie tylko trudności i problemów, ale i bogactwa tego, czym możemy się dzielić. W ten sposób odkrywamy też Kościół, nie tylko jako instytucję, coś formalnego, ale jako wspólnotę ludzi, którzy szukają odpowiedzi na różne pytania, którzy są wrażliwi na siebie.

Co jest fenomenem Taize, który przyciąga młodych ludzi, zwłaszcza Polaków, bo to grupa narodowa, która najliczniej jest reprezentowana na Europejskich Spotkaniach Młodych?

Spotykając się w Taize z młodymi Polakami czasem ich o to pytamy. Często słyszymy, że z jednej strony prostota i piękno. Zwracają uwagę, że kościół jest otwarty, że w tym kościele czują się u siebie, jak w domu. Mnie to zawsze poruszało, że nawet jak modlitwa się kończy, to kościół nie jest zamykany, a wielu młodych w nim zostaje przez całą noc. Oni odkrywają potrzebę czegoś głębszego w ich życiu, potrzebę zatrzymania się, żeby spotkać się z samym sobą. W naszym życiu cały czas jest wypełniony; nie mamy momentów, kiedy możemy się zatrzymać i świadomie spojrzeć na nasze życie; pomyśleć nad tym, jakie mamy priorytety; jak rozróżnić to, co jest pilne, od tego, co jest ważne.

To jest też radość spotkania Pana Boga – On mówi nie tylko przez wielkie wydarzenia, ale także w dyskretny sposób przez Słowo Boże czy przez spotkania z innym człowiekiem.

Europejskie Spotkania Młodych pokazują też, że nie jesteśmy sami w Kościele. Nie wszędzie jest taka sytuacja jak w Polsce. W wielu miejscach na świecie chrześcijanie stanowią mniejszość i bycie z innymi, w większej wspólnocie jest dla nich wsparciem. Nie zdajemy sobie często sprawy, jak nasza obecność może być dla kogoś ważna.

Istotna jest też autentyczność poszukiwania młodych związanych z Taize. Oni stawiają prawdziwe pytania, które ich nurtują i nie boją się stawiać tych pytań.

Rozmawiali Ewelina Gładysz i Przemysław Radzyński

 

Br. Wojciech Jerie – pochodzi z Wrocławia; po studiach na politechnice wstąpił do wspólnoty braci z Taize; przygotowywał Europejskie Spotkanie Młodych, które na przełomie roku – już po raz trzeci w historii – odbywało się w stolicy Dolnego Śląska.

Dodaj komentarz

ŚWIĘTY O POWOŁANIU

W numerze poświęconym tematowi świętości chcemy przedstawić Wam jednego z trzech wyniesionych dotąd do godności świętych pijara. Najstarszego wiekiem, ale najmłodszego stażem kanonizacyjnym. Jego...

RECENZJE

0 929

Melania miała 15 lat, Maksymin 11. Żadne z nich nie chodziło do szkoły. Nie umieli czytać, pisać, ani liczyć. Nie umieli się też modlić....