Home Temat numeru „Pomóż”, „dziękuję”, „wow”

Można sobie założyć: każdego dnia, choć raz jedno z tych krótkich słów: „pomóż”, „dziękuję”, „wow”. Nie ma dnia, żebyś nie miał oco poprosić, za co (za kogo) podziękować inad czym się zachwycić.

Ciasto bez nerwów

Wśród wspinaczy obowiązuje zasada: żeby się wspinać, trzeba się wspinać. Podobnie jest z modlitwą: nie ma lepszej metody, by nauczyć się modlitwy i przekonać się, czy lepiej żyje się znią, czy bez niej – niż po prostu zacząć się modlić. Możesz teoretyzować, czy lubisz coś, czy nie lubisz, ale dowiesz się dopiero, gdy spróbujesz. Jak zacząć? Najprościej. Zmojego skromnego doświadczenia wynika, że z modlitwą jest raczej jak zbieganiem niż zjazdą samochodem. Przed tym jak pierwszy raz usiądziesz za kółkiem, musisz wkuć zasady, wiedzieć, czym różni się sprzęgło od gazu oraz pieszy od ronda, jeśli chcesz spróbować się modlić, wszystkiego nauczysz się wbiegu.

Podstawowa zasada (pożyczona od Marcelego Prousta) – „często, ale nie dużo naraz”. Gdy dopiero zaczynasz się modlić, możesz wpaść wpokusę duchowego obżarstwa, próbować załatwić wszystkie ważne sprawy od razu. To ślepa uliczka. Zachowanie człowieka, który doszedł do wniosku, że powinien zdrowo żyć, więc przez tydzień nie wychodzi zsiłowni, robiąc wszystkie rzeczy, które tam się robi, żeby wkońcu dojść do wniosku, że nie czuje się bardziej zdrowy, ale chory.

Co robić, żeby dobrze zrobić? Odwołam się do świata najbliższych mi skojarzeń – amoje życie zasilane jest zdwóch źródeł. Pierwsze to modlitwa, drugie: jedzenie ciasta. Otóż zmodlitwą jest zupełnie jak zciastem. Żeby powstało, musisz mieć foremkę i wsad. Oraz zapewnić odpowiednią temperaturę przez określony czas, byurosło. Co to jest foremka? Nie pobożne książeczki pełne słów, sekretnych kodów, które bezbłędnie wyrecytowane odpalą rakiety Bożej łaski. Forma to miejsce i czas. Znajdź miejsce, gdzie będziesz się spotykał zTym, zkim chcesz się spotkać. Kąt pokoju, krzesło przy biurku, ale je wyznacz. Nie fetyszyzuj postawy, zczasem odkryjesz, czy lepiej ci jest modlić się na klęczkach, na siedząco, na stojąco, czy co minutę zmieniać położenie. Przyjmij jedną prostą zasadę: módl się wtakiej pozycji, wjakiej przyjmujesz gości. Nie przyjmuje się ich przecież tylko kolanami, ustami czy rękami. Wprzyjęciu gościa uczestniczy całe ciało, całe ciało coś mu onas mówi. Umów się zsobą, że spróbujesz modlić się pięć minut dziennie, ale regularnie. Jeśli dojdziesz do wniosku, że potrzebujesz dziesięciu, daj sobie dziesięć. Po co? Ano po to, by uniknąć sytuacji, jaka spotkała mnie kiedyś wgnieźnieńskiej katedrze. Gdy tylko zdążyłem przycupnąć na jednym zklęczników izatopić się w kontemplacji, poczułem delikatne szturchanie wramię połączone zwysyczanym gromkim szeptem: „JUŻ?!”. Owo „JUŻ?!” powtórzyło się dobrych parę razy, odwróciłem się izrozumiałem, że blokuję miejsce napalonemu na przeżycia duchowe turyście zPodhala. Jeśli wswojej prywatnej modlitwie nie wyznaczysz sobie ram czasowych, wgłowie co iraz wyświetlać się będzie owo „JUŻ?!”. Amoże już się namodliłem? Bo już nie czuję tego uniesienia, które czułem siedemnaście sekund temu? To może jeszcze poczekam do dwóch minut iwtedy powiem: „JUŻ!”? Powiedzenie sobie: pięć minut czy pół godziny inastawienie sobie wtelefonie budzika powinno cudownie odneurotyzować sytuację. Wytnij na to spotkanie czas, wyznacz mu ramki, tak żeby świat i to, co masz w głowie, na nie nie naciskało, a w obrębie tego czasu – let it flow.

Help, thanks, wow!

A skoro już podpieramy się językiem angielskim… Jeśli nie wiesz, co wogóle podczas tej modlitwy się robi, możesz podeprzeć się prostym schematem, który pożyczam od protestanckiej pisarki Anne Lamott. Zaleca, by modlić się trzema prostymi słowami: „help”, „thanks”, „wow”. Potrzebujesz pomocy? Nie ściemniaj od wejścia, że przychodzisz powinszować imienin. Nie podlizuj się, nie proponuj Bogu łapówek, nie samoponiżaj się. Gdy idziesz do lekarza, nie komplementuj jego fartucha, nie opowiadaj, jak to byś się starał żyć zdrowiej, nie pomstuj na ministerstwo, nie tłumacz się. Wal prosto zmostu, mów, co się stało, co igdzie cię boli. Pokaż rany. Odwiń bandaże. Mam czasem wrażenie, że na ten świat spływałoby milion procent więcej łask dziennie, gdybyśmy tylko nie próbowali kokietować Boga opowieściami o swojej kondycji, intencjach iosiągnięciach, aograniczyli się do najszczerszego i najprostszego: boli tu. Boli jak cholera, proszę, zrób coś, pomóż. Nie podpowiadaj Mu, co ma ci przepisać. Nie podsuwaj narzędzi, gdy operacja już trwa, nie zrywaj się, by udzielać konsultacji. Jesteś ulekarza, nie ucukiernika ani wulkanizatora, On wie, co robić, ty pokaż ranę, zaufaj i pozwól się leczyć.

Dziękuję Panu bardzo

Spróbuj też bywać mądry przed szkodą. Droga do owej mądrości – pisałem już otym – wiedzie przez proste „dziękuję”. Wiem, że to nieziemsko wręcz trudne: dziękować, kiedy wszystko wtobie wyje. Podobnie trudno uwierzyć, że łykanie białego proszku wdziwnych kapsułkach może powstrzymać anginę. Ajednak „dziękuję” najbardziej skutecznie rozpuszcza duchową żółć, poczucie rozgoryczenia, roszczeniowość. Ból robi zczłowieka niewolnika.

Wbólu stajesz się jak zwierzę na uwięzi, biegasz wkółko, nie mogąc myśleć oniczym innym. Uwolnisz się dopiero, gdy wtakiej sytuacji skoczysz na główkę. Spróbujesz powiedzieć: dziękuję, że to nie rak. Dziękuję, że choć to rak, wciąż mogę się jeszcze cieszyć swoim bratem. Dziękuję, bo choć zpożycia zkimś wymarzonym nici, to cud, że w ogóle spotkałem tak fantastyczną osobę.

Możesz się wściekać, że tabletka jest gorzka, ale skoro lekarz przepisał, trzeba łykać. Wypróbuj zasadę: posłuszeństwo za posłuszeństwo. „Powiedziałeś, Boże: dziękuj, to dziękuję, choć wszystko we mnie krzyczy, że to obecnie najbardziej debilna rzecz na świecie (powiedz to głośno, nie chowaj wsobie). Ale Ci ufam”. Efekty zobaczysz może nie natychmiast, ale gwarantuję, że będą. Bo co, bo Bozia się przekonała, że gdy powiedziała nam, że mamy stanąć na głowie, to zrobiliśmy to mimo ciężkiej migreny? A skąd. Dlatego że wznieśliśmy się nad świat, który mówi językiem cierpienia, mówiąc językiem świata, wktórym cierpienia już nie ma.

Proszę otworzyć buzię

Można sobie założyć: każdego dnia, choć raz jedno ztych krótkich słów: „pomóż”, „dziękuję”, „wow”. Nie ma dnia, żebyś nie miał oco poprosić, za co, (za kogo) podziękować inad czym się zachwycić. Zachwyć się człowiekiem, krajobrazem, myślą, filmem, memem, zdjęciem, dotykiem. To nie umiejętność organizowania świata wskomplikowane struktury odróżnia nas od zwierząt, bo zwierzęta, mimo że nie umieją budować wieżowców, nie organizują jednak sobie wojen. Człowiek jest człowiekiem, bo umie kochać, anie ma miłości bez zachwytu. Szczerego rozdziawienia gęby. Owego cudownego angielskiego (azarazem anielskiego, bo wydaje mi się, że aniołom nie schodzi to zich anielskich ust): WOW! Zachwyt uczy mnie, że nie wypełniam szczelnie świata, że jest coś jeszcze, skoro patrząc na to, tracę mowę imówię tylko: wow! Zachwyt otwiera na podzielenie się tym zinnymi – zrób to na Facebooku, wkościele, ale choć raz dziennie powiedz głośno: wow! I do tego jeszcze jeden drobiazg: znajdź miejsce, gdzie będziesz mógł modlić się głośno. Prędzej czy później dopadnie cię pytanie: czy ja, modląc się, nie gadam przypadkiem sam do siebie? Modląc się głośno, oglądasz własne słowa, uświadamiasz sobie, że grzeszysz tym samym językiem itymi samymi rękami, które przyjmują Komunię. Że nie ma dwóch Jasiów Kowalskich: jednego, który zzaciśniętymi oczami klepie na klęczkach modlitwy, itego, który hula i robi sobie kuku.

Słowem: jak usłyszysz, że mówisz do Boga tym samym głosem, którym ochrzaniasz swoich bliźnich, może będzie ci łatwiej zrozumieć, kim wistocie jesteś igdzie. Imodlić się bardziej szczerze. A jak już zaczniesz, przekonasz się, że modlitwa nie polega na odsiadywaniu przepisanych, excusez le mot, dupogodzin. Że najwięcej sensu imocy jest wmodlitwie, której tak naprawdę nigdy nie przerywasz. Gdy łapiesz się na tym, że czy chodzisz, czy leżysz, czy jedziesz, wciąż do Boga gadasz. Jednym słowem, zdaniem, pytaniem. Bez wstępów, zakończeń ipobożnych wypracowań. AOn odpowiada ci: czasem jakimś natchnieniem, czasem spotkanym człowiekiem, czasem pośle anioła, żeby to czy tamto kopnął iustawił, jak trzeba. Zacznij iść, adroga poprowadzi cię sama.

Uprzedzam: będą momenty, gdy modlitwa będzie jak żeglowanie po mazurskich jeziorach wwarunkach optymalnych– wszystko zacznie dziać się samo. Przyjdzie jednak idół. Wielokrotnie zmuszałem się wtedy do modlitwy, wiedząc, że człowiek powinien czasem oddychać czy jeść na siłę. Ostatnio – zacząłem metodycznie odmawiać Różaniec w intencji bliskiej mi osoby (bo nie umiem modlić się za siebie). Dwa razy dziennie. Po mniej więcej miesiącu znów poczułem, że jestem na drodze. Że tak naprawdę nigdy zniej nie zszedłem, ale tym razem widzę zupełnie nowe krajobrazy. Że moje tradycyjne poranne pół godziny niby zniknęło, ale pojawiło się, jakby automatycznie, nie wiadomo skąd, dziesięć półminutowych sytuacji wciągu dnia, wktórych oddaję wszystko iwszystkich Temu, który jest moim Bratem, ale, na którego imię wszystko na świecie pada plackiem. Zanurzyłem się wkontemplację nie swoich próśb czy żądań, ale imienia Jezus. Odmawiane często (wModlitwie Jezusowej) wezwanie: „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”, zamieniłem (na razie) na zapożyczone od ojca Jacka Bolewskiego, jezuity (modlił się tak, przebierając kolejne paciorki różańca, gdy już odchodził ztego świata), najprostsze inajszczersze: „Jezus mój…”. Mój, najbliższy, On jest wszystkim i ma wszystko. Naprawdę nie ma sensu chcieć czegokolwiek więcej.

Powyższy tekst jest fragment najnowszej książki Szymona Hołowni Holyfood.

ŚWIĘTY O POWOŁANIU

Książka teolożki Marty Kowalczyk Błogosławiona Dorota z Mątowów. Życie i duchowość to przede wszystkim zapis duchowych doświadczeń tej mistyczki z XIV wieku....

RECENZJE

0 32

W historii Narodu Wybranego było wiele kobiet, które odegrały w niej jakąś rolę, mniej lub bardziej ważną. Była Ewa, a tuż za...