Home Temat numeru Jestem diakonem i jestem z tego powodu szczęśliwy

Nazywam się Bogdan Sadowski, rocznik 1956 – bardzo dobry rocznik!
Właściwie odkąd pamiętam bardzo lubiłem „atmosferę” kościoła, każdego kościoła. Bardzo chętnie służyłem do Mszy św., już od I Komunii. Miałem szczęście trafić na wspaniałych duszpasterzy, najlepiej zapisał się w mojej pamięci o. Anatol – franciszkanin konwentualny, bo właśnie u oo. franciszkanów na Nowym Mieście w Warszawie rozpoczęła się moja Służba Ołtarza. Mieszkałem wtedy tuż obok, pod, jak się dużo później okazało, niezwykłym adresem: Franciszkańska 3. Dość długo to trwało bo około 20 lat. Bardzo chętnie zdobywałem coraz wyższe „sprawności” i bardzo chętnie uczestniczyłem w życiu ministranckim. W pewnym momencie rozpocząłem kurs lektorski – wtedy była to dopiero druga edycja w Warszawie. Trwał trzy lata i odbywał się w warszawskim seminarium, a np. śpiewu uczył nas wtedy (jeszcze kleryk!) Wiesław Kądziela. Posługi Lektoratu udzielał nam śp. bp Władysław Miziołek. To był bodajże rok 1971.
Zmiany w moim życiu osobistym (ślub w 1979 r.) spowodowały, że wylądowałem na 20 lat w Łazach pod Warszawą – w parafii Magdalenka. Tu proboszczem był ks. Andrzej Grefkowicz, którego dobrze znałem od czasów mojej aktywności w Odnowie w Duchu Świętym (1980 r.). Tu, w Magdalence w 2000 roku zostałem nadzwyczajnym szafarzem Komunii Świętej.
Jeszcze w czasie studiów (Akademia Teologii Katolickiej w Warszawie – Katedra Historii Sztuki Kościelnej, ale wtedy jeszcze na Wydziale Teologicznym stąd tytuł magistra teologii) dowiedziałem się, że Sobór Watykański II przywrócił diakonat stały (pod koniec lat 70.). Napisałem list do nowo mianowanego Arcybiskupa Warszawskiego – Józefa Glempa, że gdyby była taka możliwość, to proszę, aby wzięto mnie pod uwagę. Wspominam to głośno, bo mam na to świadków. Tak więc na diakonat czekałem około 30 lat!
Doczekałem się go w następnym, XXI wieku. Biskupi polscy na 313. zebraniu plenarnym Konferencji Episkopatu Polski (2001 r.) wprowadzili w naszym kraju diakonat stały, konkretne decyzje zostawiając poszczególnym biskupom ordynariuszom. To było w dniu moich urodzin i spadło na mnie jak grom. Natychmiast poprosiłem ks. Grefkowicza o rozpoczęcie odpowiednich procedur w warszawskiej kurii, ale jak się okazało „młyny kościelne mielą bardzo wolno”. Koniec końców po odbyciu odpowiednich kursów, szkoleń, praktyk i egzaminów (najtrudniejszy był z Kodeksu Prawa Kanonicznego) otrzymałem święcenia (w Magdalence) z rąk abp. Kazimierza Nycza i zostałem trzecim z kolei (po Toruniu i Pelplinie) diakonem stałym w Polsce. „Na pocieszenie” zdobyłem „tytuł” pierwszego diakona stałego w całej archidiecezji warszawskiej od początku jej istnienia, a także (konsekwentnie) pierwszego w metropolii warszawskiej!!!

Tyle historii, a dzień dzisiejszy?

Jestem diakonem pięć lat. Już pięć czy dopiero pięć lat? Jak ludzie odbierają moją posługę? Jak oceniam ten dotychczasowy okres? Tylko jedna odpowiedź jest oczywista – jestem szczęśliwy jako duchowny, bo trzeba przypomnieć, że święcenia diakonatu włączają w stan duchowny. Odpowiedzi na pozostałe pytania już nie są takie oczywiste. À propos stanu duchownego – właściwie nikt nie wie, jak zwracać się do diakona stałego. Nie jest to jakiś poważny problem, ale dla mnie jest rodzajem pewnego symptomu. Wielu księży zwraca się do mnie per: „księże diakonie” – teoretycznie tytuł „ksiądz” przysługuje właśnie duchownemu, ale są i tacy, którym takie słowa nie chcą „przejść przez gardło”. Dlaczego? Pewnie z tego samego powodu z jakiego Konferencja Episkopatu Polski ustaliła, że diakoni stali w Polsce nie noszą koloratki, a klerycy w seminariach choć „nieduchowni” (czyli jeszcze przed święceniami) je noszą. Cały problem związany z hasłem „koloratka”, jak sądzę, wynika z faktu, że w naszym Kościele nigdy diakonów stałych nie było. W Kościele powszechnym zaniknął ten stan pod koniec I tysiąclecia, a więc można domniemywać, nie było ich już w momencie przyjęcia chrztu przez Mieszka I. Stąd nie ma precedensów w naszym „katolickim” języku. Czy „ksiądz” oznaczał od początku prezbitera, czy raczej duchownego? Czy sutanna jest oznaką duchownego, czy tylko celibatariusza? Powtórzę, że konkretne odpowiedzi na powyższe pytania nie są z pewnością najważniejsze, koloratka nie jest do zbawienia koniecznie potrzebna, ale te pytania bardzo dobrze obrazują pewien stan naszej „świadomości kościelnej”, a może nawet „świadomości chrześcijańskiej”. Czy nie jest problemem dzisiejszego Kościoła w Polsce pewna mentalność, którą niektórzy nazywają „kościółkową”? Czy nie przejawia się np. w decyzjach (wcale nierzadkich) nieprzyjmowania Komunii Świętej z rąk „nie-księdza”?
Miałem okazję doświadczyć tego na własnej skórze. Pewna pani podczas uroczystości Wszystkich Świętych na cmentarzu poprosiła mnie o poświęcenie grobu (a byłem w szatach liturgicznych, łącznie z dalmatyką), ale po wypowiedzianych szeptem słowach „wyjaśnienia” drugiej pani (że nie jestem „księdzem”, a „tylko diakonem”) zrezygnowała. Oczywiście dobrą stroną takich zdarzeń jest niezła lekcja pokory (lekcja skądinąd bardzo przydatna), ale fakt pozostaje faktem: czynności „katolickie” może pełnić tylko „ksiądz”! Poza tym zdarza się też problem nazwany przeze mnie „prywatyzacją liturgii” przez niektórych kapłanów. To widać szczególnie w sytuacji celebransa, któremu po raz pierwszy posługuje diakon. Raptem okazuje się, że „ktoś mu się wtrąca”, a przecież to „jego”. Pewnie trochę przesadzam i równie często reakcja jest bardzo sympatyczna i właściwa (z punktu widzenia przepisów liturgicznych), ale znowu postrzegam takie sytuacje jako symptomatyczne dla większego (i ważniejszego od samopoczucia diakona) problemu eklezjalnego. Takie myślenie prowadzi, jak mi się wydaje, do bardzo częstych sytuacji, w których nasi (w ogromnej większości wspaniali) księża (a mówiąc precyzyjnie: prezbiterzy) są tak bardzo zajęci „urzędowaniem” (choćby w kancelarii), że „nie mają czasu” np. na siedzenie w konfesjonale. Tymczasem w bardzo wielu zajęciach mogą ich zastąpić inni, już nawet nie chodzi o to, że diakoni. Takie podejście do posługi wynikającej ze święceń (tu przypomnijmy, że jednym z sakramentów jest sakrament święceń, a nie sakrament kapłaństwa, jak uważa wielu) jest zrozumiałe biorąc pod uwagę nieodległy jeszcze tak bardzo okres „błędów i wypaczeń najlepszego ustroju”. W tamtych czasach (oby minionych bezpowrotnie) zachowawcza i bardzo ostrożna, połączona z podejrzliwością, niechęć księży do włączania w życie Kościoła „nie-księży” była nie tylko uzasadniona, ale nawet roztropna i zalecana. Jednak dziś sytuacja jest przecież zupełnie inna. Trzeba to przeżyć i zaakceptować. To bardzo ważna część nowej ewangelizacji.

Właściwie rozeznałem swoje powołanie

Może ktoś sarkastycznie zauważyć, że jeżeli „tak bardzo chciał koloratki”, to powinien iść do seminarium, a nie się żenić. Pewnie jest w tym trochę racji, ale racją jest też decyzja Soboru o przywróceniu tego stanu, a która to decyzja z pewnością nie była podjęta bez poważnych przyczyn. Zaś co do pójścia do seminarium, to oczywiście swego czasu intensywnie to rozważałem. Jestem jednak pewien, że właściwie rozeznałem swoje powołanie. Wielką wdzięczność wyrażam tu duchowości ignacjańskiej, pod wpływem której byłem w tym właśnie czasie (i można powiedzieć, staram się być pod jej wpływem do dziś). Pytanie jednak pozostaje otwarte: czy w czasach, w których tak bardzo wypacza się obraz duchowieństwa, także poprzez sporadyczne, ale mocno nagłaśniane przez media, sytuacje sprzeniewierzenia się święceniom, nie trzeba doceniać chętnych do świadczenia o swojej wierze nie tylko zachowaniem, ale i zewnętrznymi (czytelnymi) oznakami. Do takiego świadectwa szczególnie są predestynowani właśnie diakoni stali, szczególnie w miejscach swoich zaangażowań (często bardzo świeckich). Do tego namawia nas Magisterium. Czy nie należy szukać nowych sposobów na obecność Kościoła w dzisiejszym świecie, tak bardzo uzależnionym od języka cywilizacji obrazkowej, w której „toniemy” coraz bardziej? Oczywiście kilkunastu (11 dokładnie – stan na IX 2014) diakonów w Polsce nie zmieni zbyt wiele, ale w tym przypadku chodzi przede wszystkim o sposób myślenia.
Dotykam tu tematu, który jest mi bardzo bliski. Właściwie przez całe dorosłe życie zawodowe byłem obecny w tym „styku” Kościoła i mediów, mówiąc najbardziej ogólnie. Jest to równocześnie moją autentyczną pasją. Obserwacja i diagnozowanie stanów tego „styku” jest niezwykle interesujące. Rzeczywistość „wirtualna” wypiera rzeczywistość „prawdziwą” i dla wielu jest zagrożeniem dużo większym niż wszystkie dotychczasowe, a będzie jeszcze lepiej (tzn. jeszcze gorzej). Nie rozpisuję się na ten temat, bo wart jest osobnych rozważań (i studiów). Powyższe uwagi o tyle mają uzasadnienie w tym tekście, że dotykają dość istotnego tematu miejsca zaangażowania duszpasterskiego w życiu diakonów stałych. Zaangażowania przecież bardzo specyficznego i odmiennego od zaangażowania pozostałych duchownych. To zaangażowanie długo jeszcze nie będzie dopracowane także z tego powodu, że, o czym rzadko się mówi, diakonat stały w Polsce ma szanse, chyba jako pierwszy od soboru, zrealizować zamysł ojców soborowych w formie jaką oni mieli na myśli. Diakonat stały nie jest i nie powinien być odpowiedzią na brak powołań. Bardzo trudno jest mi pozostać obojętnym na głosy mówiące, że diakonat stały w Polsce jest niepotrzebny bo „księży nam (dzięki Bogu) nie brakuje”. Oczywiście, że „dzięki Bogu”, ale reszta to kolejne nieporozumienie. Diakon nie ma „zastępować księdza”, nie jest „mniejszym księdzem”, ani nie jest „przyszłym księdzem”, do czego tak bardzo się przyzwyczailiśmy znając dotychczas diakonat tylko w jego formie „przejściowej”, czyli myślenia w rodzaju: przecież diakon to ten, który zaraz będzie księdzem, a więc generalnie to taki młokos, którego trzeba ciągle uczyć, kontrolować i wychowywać, może się kiedyś nauczy. Takie właśnie traktowanie zauważyłem wcale nie rzadko. Może jestem przewrażliwiony, ale często takie traktowanie odbieram jako wyraz myślenia typu: „no niby diakonem jest, ale …”. Na szczęście zdarza się to rzadko i nie w mojej obecnej parafii w Piasecznie (parafia Matki Bożej Różańcowej). Żeby nie było samego jęczenia i narzekania zdarzają się też momenty bardzo miłe i serdeczne. Pewnego razu, po bardzo uroczystej celebracji pod przewodnictwem biskupa podszedł do mnie jeden ze starszych koncelebransów i powiedział: „dziękuję bardzo – teraz mogłem zobaczyć, jak piękna jest liturgia, podczas której są sprawowane wszystkie posługi i każdy wzbogaca ją swoją osobą”. Miejsce w Kościele jest dla każdego, ale ważne, aby każdy pełnił „tylko” i „aż” to, co należy do niego. Inna sytuacja, równie wzruszająca, miała kiedyś miejsce po Mszy Świętej Wieczerzy Pańskiej, czyli w Wielki Czwartek. Pewna pani przyszła do zakrystii z kwiatami dla wszystkich kapłanów, ale i dla mnie. To akurat przykład kolejnego niezrozumienia, choć mimo tego bardzo miły. Diakon nie jest wyświęcany do kapłaństwa, ale do posługi. Tak więc choć mam udział w sakramencie święceń, to nie mam udziału w kapłaństwie hierarchicznym. Stąd wynika, że do pytań o bycie, czy nie bycie „księdzem” trzeba dodać przynajmniej jedno jasne stwierdzenie: diakon na pewno nie jest kapłanem. Muszę tu podkreślić, że mój obecny proboszcz – dziekan dekanatu piaseczyńskiego – prałat Zbigniew Pruchnicki, z ogromną serdecznością nie tylko przyjął mnie (nota bene: miałem pierwszy w historii Kościoła w Polsce dekret biskupi przenoszący diakona stałego z parafii do parafii), ale nieustannie stara się twórczo szukać najlepszego miejsca dla diakona stałego w życiu parafii. Ciągle powtarza (nie tylko mi): „nie jesteś od zastępowania księży”. Zresztą także w innej kwestii (poruszanej wyżej) wykazał się wrodzoną roztropnością – zwraca się do mnie mianowicie per „diakon”. Po prostu. Myślę, że kiedyś wszystkie te doświadczenia mogą być cenne także dla kolejnych diakonów stałych.

Ochrzciłem troje moich wnuków

W tym miejscu chyba najlepiej będzie opisać rożnego rodzaju formy pełnienia mojej posługi. Niewątpliwie najważniejsze jest asystowanie prezbiterom (oczywiście powinno być napisane głównie biskupom, ale to zdarza się rzadziej) w celebracji Eucharystii. To przynajmniej jest najmniej problematyczne. W przepisach liturgicznych dotyczących Mszy Świętej miejsce i rola diakona jest opisana dość precyzyjnie. Chyba nie trzeba tu wiele wyjaśniać – zainteresowanych odsyłam do „Ogólnego wprowadzenia do Mszału Rzymskiego”. Warto w tym miejscu dodać, że w najnowszym wydaniu typicznym Mszału Rzymskiego (na którego polskie wydanie wciąż jeszcze czekamy), jest osobny formularz właśnie „Mszy Świętej z udziałem diakona”. Poza tą posługą, jako diakon, jestem, trzeba pamiętać, zwyczajnym szafarzem Komunii Świętej, a więc mogę udzielać Jej nie tylko w czasie sprawowania Eucharystii, ale także poza Nią. Bardzo często pomagam przy celebracji Chrztu Świętego, którego także jestem, jako diakon, zwyczajnym szafarzem. Ta posługa spowodowana jest głównie liczbą chrztów w naszej parafii – często kilkunastu na jednej Mszy Świętej. Zresztą (tym jednym muszę się pochwalić) sam osobiście ochrzciłem troje moich wnuków!!! Miałem także możliwość przewodniczenia obrzędom pogrzebowym – ostatnio mojego ś.p. Wujka. Dzięki jednemu z warszawskich kapelanów szpitalnych sporadycznie (czasami zdarza się częściej) wspomagam go w szpitalnej posłudze. Choć oczywiście nie odprawiam Mszy Świętej, to w razie jego nieobecności możliwość odprawienia nabożeństwa z wystawieniem Najświętszego Sakramentu i błogosławienie chorych, także w ich szpitalnych salach przy udzielaniu Komunii Świętej jest, zdaniem nie tylko jego, nie do przecenienia. Ks. Prałat powierza mi także głoszenie homilii, a nawet (do tej pory dwa razy, w dwóch różnych parafiach) miałem zaszczyt głosić rekolekcje parafialne. Od wielu lat jestem także współprowadzącym rekolekcje wakacyjne, wyjazdowe, najczęściej tygodniowe. Moimi ulubionymi są „Rekolekcje o Radości w Duchu Świętym”, organizowane w parafii św. Huberta w podwarszawskim Zalesiu Górnym. Podczas tych rekolekcji mogłem także doświadczyć wielkiej osobistej radości wynikającej z posługi diakońskiej. Zwłaszcza, że miałem możliwość porównań z czasów „przeddiakońskich” na tych samych rekolekcjach.

Tęsknię za błogosławieniem małżeństw

Przyznam szczerze, że bardzo tęsknię do posługi błogosławienia małżeństwa, czego jeszcze nie miałem okazji przeżyć. W pewien, chyba oczywisty, sposób czuję się (pewnie jak pozostali moi Bracia diakoni stali) dobrze przygotowany do zajmowania się małżeństwami i rodzinami. Zresztą mój proboszcz bardzo często powierza mi prowadzenie kursu przygotowania do przyjęcia sakramentu małżeństwa. Podobnie zresztą, jak kursów przed chrztem dziecka. Te ostatnie (jednorazowe przecież) są bardzo wielkim wyzwaniem. Wiemy przecież bardzo dobrze, że rodzice i chrzestni dość często uczestniczą w takim kursie niejako „z musu” i trzeba nieźle się „namęczyć”, żeby ich zmotywować do odpowiedzialnego i dojrzałego przystąpienia do sakramentu chrztu ich dzieci. Jest to też niezwykle cenna obserwacja, jak bardzo uboga jest podstawowa wiedza religijna naszych rodaków. Szybko dodam, że nigdy nie przechodzi mi przez myśl, że to jest tylko ich wina. Przecież najczęściej żeby „coś” wiedzieć trzeba to „usłyszeć”, a jak mają usłyszeć, jak nieczęsto się „to” mówi. Mam na myśli podstawowe dogmaty, zasady liturgii czy historii Kościoła. Mam wrażenie, że zbyt często zakładamy „z góry”, że ta wiedza jest i dlatego nasze przepowiadanie, zakotwiczone w tym fałszywym założeniu nazbyt często trafia „w próżnię”.
Prowadzę także spotkania biblijne, co wynika i z mojego zainteresowania biblistyką i z wielkiej miłości jaką darzę Ziemię Świętą, którą miałem okazję odwiedzać wielokrotnie. Od niedawna istnieje w naszej parafii także grupa modlitewna Odnowy w Duchu Świętym, której poświęcam czas z wielką chęcią. Praca na co dzień to przede wszystkim Centrum Myśli Jana Pawła II w Warszawie, a wkrótce także własna działalność gospodarcza w postaci firmy jednoosobowej zajmującej się m. in. internetową sprzedażą dewocjonaliów. Od zawsze chciałem przyczynić się do zaistnienia na naszym, polskim rynku, dewocjonaliów u nas (nie wiedzieć czemu) nieobecnych. Korzystam z okazji i zapraszam na stronę diakonsadowski.pl (rozpoczęcie działalności 4 października 2014 – w dzień św. Franciszka z Asyżu – diakona stałego o czym wie niewielu).
Otrzymałem niedawno także propozycję poprowadzenia ćwiczeń medialnych na jednej z warszawskich uczelni. Piszę dość ogólnikowo ponieważ propozycja jeszcze nie jest domknięta, a dostałbym ją pewnie również wtedy, gdybym nie był diakonem, a więc nie do końca dotyczy tematu niniejszych zwierzeń. Zostałem adresatem tej propozycji pewnie w wyniku mojego długoletniego doświadczenia pracy w TVP głównie, ale i TV Puls, czy też w radiu i prasie katolickiej. Dzielę się radością z tej propozycji z innego powodu – a mianowicie miałem swego czasu możliwość prowadzenia fakultatywnych ćwiczeń „z mediów” w warszawskim seminarium i już nic mnie nie przekona, że nie są potrzebne i pożyteczne. Oby ich było jak najwięcej i to nie tylko dla kleryków.
Powracając do pytań zawartych w tekście powyżej, mogę na koniec prosić o jedno: nie oczekuj ode mnie jednoznacznych odpowiedzi na nie wszystkie, ponieważ sam wciąż tych odpowiedzi bardzo szukam. To jedno co mogę powtórzyć i obym mógł to powtarzać zawsze: jestem diakonem i jestem z tego powodu szczęśliwy.

Szczęść Boże wszystkim Czytelnikom!

ŚWIĘTY O POWOŁANIU

Książka teolożki Marty Kowalczyk Błogosławiona Dorota z Mątowów. Życie i duchowość to przede wszystkim zapis duchowych doświadczeń tej mistyczki z XIV wieku....

RECENZJE

0 29

W historii Narodu Wybranego było wiele kobiet, które odegrały w niej jakąś rolę, mniej lub bardziej ważną. Była Ewa, a tuż za...