Home Temat numeru Entuzjastyczni świadkowie Ewangelii potrzebni od zaraz

Dzisiejszy świat potrzebuje entuzjastycznych świadków Ewangelii” – mówi o. Łukasz Buksa, franciszkanin, duszpasterz młodzieży, rekolekcjonista, autor tekstów, wokalista, instruktor snowboardu. Odpowiedzialny za referat młodzieżowo – powołaniowy Prowincji Matki Bożej Anielskiej w Krakowie.

 

Jak rodziło się Ojca powołanie zakonne?

Brat mojej mamy jest franciszkaninem, więc w duchu franciszkańskim wzrastałem od dzieciństwa. Z drugiej strony, moja rodzinna parafia to kościół podominikański i choć dominikanie, zamykając mniejsze, wiejskie klasztory, odeszli z mojej miejscowości, to jednak duch dominikański był w tym miejscu wciąż żywy. Długo rozeznawałem czy moja droga zakonna ma biec śladami św. Franciszka z Asyżu, czy może raczej św. Dominika. Byłem też zaangażowany w duszpasterstwo młodzieży archidiecezji przemyskiej pod okiem ks. Tadeusza Białego. Jeździłem do Przemyśla na diakonię muzyczną, na różnego rodzaju warsztaty, działałem w Ruchu Apostolstwa Młodzieży. To była ta pobożna strona mojego dojrzewania w wierze i powołaniu. Ale była też druga strona. Mama mówiła: idź na Gorzkie Żale, więc szedłem, ale w kościele miałem słuchawki na uszach i słuchałem czegoś innego. Były też poważniejsze trudności, związane z moim przeżywaniem młodości, odkrywaniem jej uroków. Zafascynowałem się subkulturą, która mnie tak wchłonęła, że w szkole średniej zawaliłem rok. Często mówię młodym ludziom o sobie: stoi przed wami baran.

Co sprawiło, że Ojciec się opamiętał?

Zmieniłem szkołę i otoczenie. Nauka szła mi potem bardzo dobrze. W sąsiedztwie tej drugiej szkoły, w Jarosławiu, był klasztor, w którym niegdyś posługiwał mój wujek. Często tam chodziłem, nawet na długiej przerwie biegałem, żeby się pomodlić. Wielką rolę w moim życiu spełnił wtedy śp. o. Albin Sroka. Często go spotykałem. Przechadzał po klasztorze, taki starszy nasz ojciec, siwy, właściwie biały. „Czekałem na ciebie” – słyszałem często od niego. Rozeznając swoje powołanie, bardzo pragnąłem robić coś dla młodych i w dodatku połączyć to z muzyką, która jest moją pasją. Kiedyś prowadziłem festiwal piosenki religijnej w Przemyślu. Tam spotkałem o. Lecha Dorobczyńskiego, który brał w nim udział ze swoim chórem gospel. Słuchając ich, czułem, że to jest to. Później jeździłem na franciszkańskie dni braterstwa, rozmawiałem z innymi ojcami. Te spotkania były dla mnie ważne.

 

Czym dla Ojca jest muzyka?

Bóg w trosce o życie człowieka, żeby nie było monotonne, nudne, daje nam różne pasje i talenty. Odkrywałem w swoim życiu wiele takich płaszczyzn: muzyka, sport. Na I Komunię dostałem pierwszą gitarę i pamiętam takie zdjęcie: stoję z rozłożonymi rękoma, walnąłem pierwszą solówkę w życiu. A później była słynna akcja z psalmem. W liturgii oktawy Bożego Narodzenia jest psalm, który się składa z trzech linijek. Masz trzy linijki, nie cztery. Tak zaimprowizowałem, że nikt nie potrafił powtórzyć, a ja zaśpiewałem. I dziś mam trzy pasje. Najważniejszą jest Bóg i św. Franciszek. Dwie kolejne służą temu, żeby dzięki nim przyprowadzać ludzi do Pana Boga, uwielbiać Go. Te dwie pasje to muzyka i sport.

Dziś kult ciała jest bardzo rozwinięty, wszyscy ćwiczą, biegają i dobrze, że to robią. Ale w tym wszystkim nie można zapomnieć o równowadze, która powinna być między duchem a ciałem. I stąd zimowe turnusy snowboardu połączone z rekolekcjami. W tym wszystkim też są ludzie, którzy mi pomagają dzielić się moimi pasjami z drugim człowiekiem. Jan Budziaszek kiedyś mi powiedział: idź tą drogą i staraj się, żeby to było jak najbardziej profesjonalne. Zgodne z wolą Boga i profesjonalne. I dlatego potrzebuję ludzi, którzy mi pomagają. Mam ich i dziękuję za nich Bogu.

 

W życiu Ojca pojawił się snowboard, gdy szukał Ojciec sposobu dotarcia do młodych w zimie. A deska na kółkach była wcześniej?

Nie. Deska na kółkach to jest po prostu letnia deska snowboardu, bo mi tego brakowało latem. Wcześniej biegałem, były też rowery i pielgrzymka rowerowa z Bilbao do Santiago de Compostela. Robiliśmy wtedy ponad 110 kilometrów dziennie. Wracając do deskorolki, poruszanie się nią technicznie jest najbliższe snowboardowi. Po prostu lubię sobie pojeździć, posłuchać w trakcie dobrej muzyki czy też spotkać się z ludźmi. Nieraz, jak z kimś zacznę gadać, to kończy się tak, że umawiam się z nim na spowiedź i na taką głębszą rozmowę.

 

Rozumiem, że przez to, że Ojciec jest rozpoznawalny, bo jeździ na desce, to ludzie mają też odwagę, by zaczepić i pogadać o swoich problemach?

Po prostu jestem pośród nich. Do tego zachęca św. Franciszek. Bracia mniejsi mają być blisko ludzi, ze swoimi talentami i predyspozycjami, otwarci na tych, których Bóg stawia na ich drodze. Płaszczyzną, która łączy mnie z drugim, jest Ewangelia. Życie braci mniejszych polega na przeżywaniu Ewangelii według sposobu życia franciszkańskiego, czyli po prostu według zasady ubóstwa, czystości, posłuszeństwa, ale też po prostu bycia wśród innych i dla innych.

Jest taka piękna scena z życia Franciszka, kiedy poszedł głosić Słowo i on przez cały dzień nie powiedział ani jednego zdania. Stał na rynku. Wieczór nadszedł, ludzie się rozeszli, a on wciąż stał. Stojąc tak wśród ludzi, głosił swoim milczeniem, a w ludzkich sercach działy się cuda. My jesteśmy narzędziami. Franciszek modlił się: Panie, uczyń nas narzędziami Twojego pokoju. Ja chcę być takim narzędziem i tylko tyle.

 

Co Ojca na początku drogi rozeznawania powołania najbardziej pociągało do takiego życia?

Do franciszkanów? Myślę, że chyba najbardziej odpowiednim słowem jest „wdzięczność”. Franciszek też miał trudną młodość. A zarazem, ten Boży szaleniec, pociągał asyską młodzież, inicjując różne przedsięwzięcia i przede wszystkim na to trwonił majątek ojca. Doświadczył też trudu życia w ciężkiej chorobie. We wszystkim cały czas odkrywał obecność Boga i ja się z tym bardzo utożsamiam. Moje życie się w tym zamyka.

A skąd wdzięczność? Wdzięczny jestem, że jest przykład, który mnie pociągnął. Moje powołanie to jest wdzięczność wobec tych, którzy do mnie wyciągnęli rękę, kiedy byłem młody, pogubiony. I chcę swoim życiem pomagać młodemu człowiekowi, spłacam dług wdzięczności. To, że jestem franciszkaninem, jest Bożym cudem, którego doświadczam i którym chcę się dzielić. Franciszek usłyszał wezwanie: „Idź i odbuduj mój kościół”. W polskim Kościele po ŚDM nastąpiło przebudzenie młodych i są tu dwa wyjścia: albo idziesz do roboty, albo śpisz dalej. Wielu niestety tylko obróciło się na drugi bok i śpią dalej. Chcę iść do tych młodych, by im powiedzieć, żeby przeżywali swoje życie. Franciszek swoje powołanie rozpoznał od momentu spotkania z trędowatym, z chorym. Wydaje mi się, że dziś jest wielu ludzi cierpiących na współczesne choroby cywilizacyjne, typu samotność, pseudoszczęście, którym się karmi młodzież; różnego rodzaju zniewolenia, które oferuje świat, prowadzą tylko do ułudy szczęścia, a nie do szczęścia prawdziwego. Chcę ściągać te zasłony, które przesłaniają granice dobra i zła. I dać im możliwość wyboru, stanięcia w prawdzie.

Odkrywanie Franciszka w moim powołaniu oznacza pójście do świata, spłacanie długu wdzięczności, ale też pójście do ludzi ubogich. Papież Franciszek pięknie powiedział młodym, żeby się nie bali zmieniać swojego życia. Pójść za Jezusem to radykalizm. Ale najważniejsza rzecz, która mnie urzekła, to entuzjazm przeżywanego powołania. Jeżeli ja, idąc do drugiego, nie będę entuzjastą głosu powołania, który mnie uwiódł i któremu dałem się uwieść, to człowiek ten od razu to wyczuje. Dzisiejszy świat potrzebuje entuzjastycznych świadków Ewangelii. Czasem się zastanawiam, w którym punkcie młody zakonnik, pełen entuzjazmu i zapału, traci energię i radość powołania. Myślę, że od odpowiedzi na to pytanie wiele zależy.

 

Znalazł ją Ojciec?

Szukam. Czynnikiem może być formacja, może jakiś problem z przeszłości, nieumiejętność właściwego przeżywania relacji. Powodów może być wiele.

 

A czy entuzjazm przeżywania swojego powołania zaraża na tyle młodych, że przyciąga ich też dzisiaj do życia zakonnego?

Powiedzmy sobie otwarcie, że jeżeli ma przyciągnąć ich tylko postać ojca Łukasza Buksy, to ja tak nie chcę. Ja jestem tylko narzędziem, natomiast jeśli przeze mnie ktoś usłyszy o Jezusie, usłyszy o Franciszku i chce wstąpić do zakonu franciszkańskiego, to zapraszamy. Drzwi naszej wspólnoty braterskiej są otwarte, tak jak wielu innych zakonów i zgromadzeń. To, co dzisiaj pociąga, to na pewno świadectwo entuzjazmu życia. Takim entuzjastycznym świadkiem Ewangelii byli na przykład o. Jan Góra, Daniel Ange, Brat Roger… Ale także mój proboszcz. Te wszystkie osoby łączy jedno: są świadkami tego, czego doświadczają i czym żyją. Im bliżej będę Boga, tym bliżej będę drugiego człowieka. Ale osoba, do której idę, musi widzieć mój entuzjazmem, musi widzieć, że jestem narzędziem w ręku Boga. Jeżeli jestem narzędziem, to przeze mnie przemawia Bóg, a nie moja próżność, nie moje samouwielbienie.

Młody człowiek cierpi dzisiaj na brak autorytetów. Więc tak bym to określił: entuzjazm, narzędzie i autorytet.

 

Co musi się wydarzyć, żeby człowiek, który przychodzi do zakonu, stał się takim entuzjastycznym świadkiem Ewangelii?

Tu dotykamy sprawy formacji zakonnej, a więc dorastania do zachwytu Bogiem, żeby później móc Go dawać innym. Cały proces formacji, zwłaszcza początkowej, polega na tym, że ja uczę się zachwycać Bogiem i doświadczać Boga, i uczę się rozumieć, na ile jestem w stanie podzielić się tym doświadczeniem z drugim człowiekiem. Im bardziej przylgnę do Boga, tym bardziej Bóg będzie we mnie wzrastał i wtedy ja będę się umniejszał, a drugi człowiek będzie bliżej Boga. Prosta zasada. Współczesny świat zredukował pojęcie rozwoju człowieka do poziomu rywalizacji i sukcesu. Nie wolno zapomnieć o tym, że to jest też sprawa Ducha, nie tylko naszej psychiki, umysłu i fizyczności. Nowicjat zakonny to jest okres, kiedy naprawdę masz tak przylgnąć do Boga, żeby po prostu Nim się zachwycić, żeby On w tobie pokonał wszelkie niedoskonałości i słabości. I później, przez wszystkie stopnie formacji, aż do święceń kapłańskich chodzi o pielęgnowanie głosu powołania na modlitwie, w kaplicy. Może to jest odpowiedź na pytanie, które zadałem wcześniej, żeby cały czas pielęgnować ten głos, żeby on zastąpił rutynę, przyzwyczajenie, marazm.

 

Wrócę do pasji. Gdy Ojciec z miłością do muzyki szedł do zakonu, nie bał się Ojciec, że to straci?

Tak naprawdę to dzięki zakonowi moje możliwości muzyczne się rozwinęły, bo to w zakonie mnie wysłano na Akademię Muzyczną. To w zakonie miałem możliwość nagrania pierwszej płyty, mogłem uczyć ludzi śpiewu, występować z nimi. To wszystko dzięki zakonowi. Wielu ludziom dałem Boga przez tę moją pasję.

 

A jak reagują współbracia?

Wszystko polega na tym, żeby być szczerym przed przełożonymi. Ja przedstawiłem ten cały projekt ewangelizacji poprzez muzykę przełożonym i dali zielone światło. Czy współbracia mi dogryzają? Czasem tak. Ale mam w nich wsparcie i zawsze chcę do nich wracać. Wybrałem życie braterskie i zawsze wracam do mojego klasztoru. Życie zakonne to życie wspólnotowe, czyli takie ciągłe ofiarowanie siebie, ale siebie całego, nie tylko ideałów, ale całego siebie w duchu św. Franciszka i w tym wzrastamy jako bracia mniejsi w centrum Krakowa.

 

Obudź się, możesz więcej” to hasło, które można odnieść do tego, co wcześniej mówił Ojciec o ŚDM.

To jest akcja motywacyjno-ewangelizacyjna, która powstała jako odpowiedź na wezwanie papieża Franciszka, gdy w Roku Życia Konsekrowanego mówił zakonnikom i zakonnicom, że ich misją jest budzenie świata. Ta akcja się tak rozrosła, że dzisiaj w wielu szkołach, w urzędach gminy, w świetlicach, w salach koncertowych gromadzimy młodych ludzi i mówimy im, jak przeżywać życie, jak się zafascynować życiem, jak odkryć predyspozycje, które zostały im dane i skąd czerpać siłę. To jest akcja „Obudź się, możesz więcej”.

 

Jak młody człowiek ma dbać o swoje życie?

Chcąc mówić do młodego człowieka, w ogóle do każdego człowieka, o jakimś problemie, trzeba odkryć moment życia, w którym się znajduje.

Postawić diagnozę na to, co jest w tej chwili?

Nawet nie. Raczej: pokazać, który moment życia przeżywasz dokładnie w tym momencie. Młodość to jest ten moment życia, w którym decyduje się cała nasza dorosłość. Tak, jak nauczysz się przeżywać młodość, tak później, w życiu dorosłym, będziesz kreować swoją dorosłość. Młodość charakteryzuje się tym, że wiele osób jest głodnych szczęścia w różnej postaci. Jeśli źle przeżyją ten czas, jeśli będą się oszukiwali i zakładali maski, poranią sobie serca i dusze. Wiele osób niszczy swoją młodość przez to, że ktoś inny im wmawia kłamstwa. Często ludzie w młodości nie patrzą przez pryzmat tego, co drugi może przeżywać, tylko patrzą przez pryzmat egoistycznego pragnienia swego serca, swojej wizji życia, zapominając o tym, że drugi człowiek został postawiony na drodze ich życia po to, by pomóc im to życie przeżyć. I tutaj dochodzi do tak zwanej pobudki.

Wiemy, na jakim etapie życia się znajdujemy, wiemy, jak je ranimy, to teraz zrobimy pobudkę. Pobudkę do tego, żeby odkryć, co Bóg nam daje w młodości, czyli: rodziców, nauczycieli, pasje, siebie. Jeżeli te cztery rzeczy odkryjemy, to wtedy też zrozumiemy, że życie, które jest ofiarowane drugiemu człowiekowi, jeszcze bardziej będzie inspirowało do tego, żeby je dobrze przeżyć. Bóg każdemu człowiekowi daje minimum dwa talenty. Pierwszy talent do bycia dobrym, bo doskonale wiemy, co należy zrobić, żeby być dobrym choć na chwilę. I po drugie, daje nam talent do nauki. Dwa talenty, a ile ich jeszcze mamy! I to jest moje zadanie, żeby młodych ludzi inspirować po prostu życiem, pasją życia. Potem mogą to pogłębiać na rekolekcjach, w czasie różnych spotkań. Chcemy pokazywać, że można pięknie żyć, wdzięcznie żyć, świadomie żyć i swoim życiem dziękować Bogu za stworzenie. A kogo Bóg wzywa do jakiejś wspólnoty, niech się nie boi, tylko niech po prostu idzie.

Pięknie powiedział kard. Ravasi, że dzisiaj nie ma problemu z powołaniami. Dzisiaj jest problem z odwagą w sercach ludzi, którzy mają na to powołanie odpowiedzieć, gdyż Bóg w trosce o Kościół nie może przestać troszczyć się o powołania. Bardziej chodzi o to, że młodzi ludzie boją się odpowiedzieć. Moją misją jest wzbudzić ducha odwagi w tych młodych osobach, żeby one odpowiedziały na głos powołania, żeby nie lękały się, lecz zaufały Bogu, a On sam ich poprowadzi. Bez Niego przecież i tak nie dadzą rady.

Dodaj komentarz


*

ŚWIĘTY O POWOŁANIU

Książka teolożki Marty Kowalczyk Błogosławiona Dorota z Mątowów. Życie i duchowość to przede wszystkim zapis duchowych doświadczeń tej mistyczki z XIV wieku....

RECENZJE

0 32

W historii Narodu Wybranego było wiele kobiet, które odegrały w niej jakąś rolę, mniej lub bardziej ważną. Była Ewa, a tuż za...