Home Temat numeru Dojrzewanie do pełni męskości

Z jednej strony pragnienie wolności, a z drugiej chęć przeżycia jakiejś przygody, doświadczenia ryzyka, wysiłku, a nade wszystko poczucie spełnienia to uczucia, które kryją się w sercu każdego mężczyzny. Jako mężczyźni jesteśmy stworzeni do działania, do zdobywania, do „czynienia sobie ziemi poddaną”. Niektórzy z nas podejmują te wyzwania każdego dnia, inni skrywają je głęboko w środku i boją się wyjść ze swojej strefy komfortu. Wolą patrzeć z boku – co nie znaczy, że przestają myśleć o wielkich rzeczach.

 

Chyba każdy chłopak w dzieciństwie marzył o tym, aby być odważnym i nieustraszonym. Tak jak jego ulubiony bohater. Dlaczego jednak mimo dobra, które w nas tkwi i mimo naszych szczerych intencji mamy często problem z tym, by dążyć do naszych ideałów?

Upadamy, poddajemy się naszym słabościom lub wycofujemy. Nie tylko ja i Ty się z tym borykamy. Święty Józef też chciał „dać nogę”. Zmagał się z wątpliwościami, zastanawiał się nad tym, co powiedzą inni, chciał potajemnie uciec, oddalić Maryję, która spodziewała się narodzin Jezusa. Na pewno to wszystko w jakiś sposób go przerastało. To dlatego potrzebna była interwencja z Góry i znak, aby się opamiętał i podjął misję, którą Bóg mu zlecił.

Często uciekamy przed naszym przeznaczeniem, przed wyzwaniami, które stawia nam życie. Nieraz bardzo dobrze wiemy, co powinniśmy zrobić, ale boimy się konfrontacji z rzeczywistością. Łatwiej jest się wycofać niż stawić czoła przeciwnościom. Dzieje się tak dlatego, że wymaga to od nas wysiłku, często musimy z czegoś rezygnować. Tym, co różni nasze czasy od czasów, w których żył św. Józef jest to, że my wszystko mamy dziś na wyciągnięcie ręki. Być może to dlatego często brakuje nam woli walki – nie zdobywamy, bo nie musimy. Bierzemy to, co nie wymaga wysiłku i uważamy, że się nam należy.

Dawniej – by stać się prawdziwym mężczyzną – trzeba było przejść inicjację. Stare ludy wysyłały młodzieńca na trudną wyprawę lub na wojnę. Tam, zmagając się z własnymi słabościami, dokonywała się jego przemiana. Właśnie tam młodzieniec musiał doświadczyć trudności, niewygód, ryzyka, walki. To powodowało, że zaczynał działać, brać odpowiedzialność za to, co robi – w innym wypadku mógłby zginąć. Dzisiaj często miarą męskości nie jest odwaga, odpowiedzialność czy ojcostwo, lecz grubość portfela i znajomości. Bywa, że dojrzałością określa się posiadanie dobrze płatnej pracy, domu czy samochodu, a nie mądrość, opanowanie czy zaradność.

Może warto zadać sobie kilka pytań: Czy ja przeżyłem w swoim życiu moment inicjacji? Czy ktoś wprowadził mnie w dorosłość? A może o własnych siłach przyszło mi zmagać się ze swoim życiem? Może wciąż jestem jeszcze na początku swojej wędrówki ku dojrzałości do bycia prawdziwym mężczyzną?

Pisząc ten tekst muszę być szczery. W swoim życiu przeżyłem kilka przełomowych momentów. Pierwszym z nich był wyjazd na studia. Nie był to czas łatwy, ponieważ przyszło mi zmagać się z wieloma trudnościami. Dziś wiem, że nie był to jeszcze moment inicjacji. Opuściłem rodzinny dom, ale w każdej możliwej chwili wciąż do niego uciekałem. W tym czasie również doświadczałem wielu upadków i słabości.

Kolejnym ważnym momentem w moim życiu były oświadczyny. Bardzo pomocny okazał się wówczas mój przyjaciel. W trakcie rozmowy o życiu zdradziłem mu, że dobrze czuje się w moim związku, na co on zapytał: „Na co czekasz?”. Dla mnie była to swoista interwencja z Góry. Przyjaciel stał się kimś, kto otworzył mi oczy, zainspirował do działania. Postanowiłem kupić pierścionek i zaryzykować swoje życie. Oświadczyłem się i dziś już wiem, że podjąłem wtedy najlepszą życiową decyzję.

 

Po tej sytuacji było jeszcze kilka ważnych momentów, takich jak trudne wyprawy w góry z moim przyjacielem, gdzie doświadczyliśmy tego, co to znaczy prawdziwa gradowa burza; nurkowanie w Egipcie, gdzie pod wodą rozpiął mi się cały sprzęt i kiedy mogłem liczyć tylko na siebie. Takich sytuacji, kiedy jako mężczyzna musiałem stawać na wysokości zadania było dużo więcej. Podejmowanie ryzyka jest wpisane w męską naturę, w sytuacji zagrożenia często odkrywamy to, jacy naprawdę jesteśmy.

Innym bardzo ważnym i bardzo trudnym momentem była strata naszego pierwszego dziecka. Było to doświadczenie, w którym mierzyłem się z własnym bólem, a jednocześnie musiałem być wsparciem dla mojej żony. Ta sytuacja i te sytuacje wcześniej wspomniane sprawiły, że nauczyłem się brać życie we własne ręce. To z kolei prowadziło do zmiany mojego myślenia. Coraz bardziej rozumiem to, że Bóg pragnie, aby męskie serca były mocne, odporne, a zarazem wierne i otwarte na drugiego człowieka.

Jak hartować nasze serce?

Na początek warto przestać się wynagradzać. Łatwo nam przecież przychodzi położyć się wygodnie na kanapie przed komputerem czy telewizorem – przecież pracowałem cały dzień i powiedzieć: „Przecież mi się to należy”. Kiedy sami się wynagradzamy tracimy czujność. Bardzo szybko to, co w naszym rozumieniu nam się należy, zamienia się w zwykłe lenistwo. Jednak kiedy zachowujemy zdrowe proporcje pomiędzy obowiązkami, pracą, a czasem wolnym, wtedy posiadamy większą kontrolę nad naszym życiem.

Nie będę tu odkrywczy, gdy przypomnę, że sposobem na hartowanie serca jest też post, modlitwa i jałmużna. Możemy przyrównać to do plonu: sama modlitwa daje trzydziestokrotny, zaś wzbogacona o post sześćdziesięciokrotny. Największy, bo stokrotny plon, przynoszą wszystkie trzy praktyki podejmowane razem. Można to też przedstawić inaczej. Ze zniewoleniem mamoną walczymy poprzez jałmużnę, z egoizmem poprzez post, a zranienia uzdrawiamy modlitwą.

Bardzo pomocny jest też rachunek sumienia. Św. Ignacy Loyola sugerował, by zakonnicy robili go trzy razy w ciągu dnia. Nam, ludziom świeckim, w zupełności wystarczy dobrze zrobiony rachunek sumienia wieczorem, tuż przed snem. Jest to o tyle ważne, że stawianie sobie celów i weryfikowanie ich każdego dnia wpisane jest w nasz duchowy rozwój. Praktyka ta dodatkowo pozwala nam mieć kontrolę nad naszym czasem.

Rozważając w tych dniach tajemnicę krzyża zapraszam Cię do tego, abyś jak Jezus ucałował swój własny krzyż. Może jest nim Twoja praca, szkoła, małżeństwo, samotność, rodzina czy kapłaństwo. Ucałuj ten krzyż i przyjmij na swoje ramiona. Dopóki go nie ucałujesz, będzie on dla Ciebie ciężarem. Aby wziąć swój krzyż, musisz się zaprzeć samego siebie. I to też jest sposób na hartowanie swojego serca.

Tylko dzięki takiemu hartowaniu będziesz w stanie walczyć z przeciwnościami i swoimi słabościami. A wszystko po to, by móc powiedzieć: „Tak, Panie, jestem Twoim wojownikiem”.

 

Sławek Leszczyński należy do Wspólnoty „Przymierze Wojowników” z Krakowa

Dodaj komentarz


*

ŚWIĘTY O POWOŁANIU

Książka teolożki Marty Kowalczyk Błogosławiona Dorota z Mątowów. Życie i duchowość to przede wszystkim zapis duchowych doświadczeń tej mistyczki z XIV wieku....

RECENZJE

0 32

W historii Narodu Wybranego było wiele kobiet, które odegrały w niej jakąś rolę, mniej lub bardziej ważną. Była Ewa, a tuż za...