Home Temat numeru Być dla innych – opowieść o odkrywaniu powołania przez Karola Wojtyłę

Karol Wojtyła odkrył powołanie do kapłaństwa w warunkach wyjątkowych, ale sposób, w jaki odkrywał drogę życia, warto naśladować również dziś.

Opowieść całego życia

Powołanie jest dla księdza darem i tajemnicą. Podjęcie decyzji można tłumaczyć konkretnymi okolicznościami, ale w gruncie rzeczy nie da się go do końca pojąć. Próbą zrozumienia powołania jest danie świadectwa – opowiedzenie, jak doszło do wstąpienia do seminarium, do święceń.

Jan Paweł II opowiedział o swoim powołaniu w książce Dar i tajemnica, którą napisał z okazji 50. rocznicy przyjęcia święceń. Wiele interesujących wzmianek na ten temat zawarł wcześniej w wywiadzie udzielonym André Frossardowi, z którego powstała wymagająca sporego intelekualnego przygotowania książka pod tytułem Nie lękajcie się.

Ogłoszenie Jana Pawła II świętym zachęca nas, żeby lepiej i pełniej poznać jego osobę. Można to zrobić, sięgając do wspomnień jego przyjaciół oraz do jego wierszy i dramatów, które zawierają literacki zapis bardzo osobistych przeżyć z okresu rozeznawania powołania.

Męska decyzja

Karol Wojtyła zaczął w konspiracji studiować teologię na Uniwersytecie Jagiellońskim jesienią 1943 roku. Decyzję o wstąpieniu do seminarium oznajmił przyjaciołom rok wcześniej. Miał 23 lata i dopiero co stracił wszystko, co stanowi naturalne oparcie dla człowieka. Zaraz na początku okupacji hitlerowskiej musiał przerwać studia polonistyczne i nie mógł swobodnie rozwijać zainteresowań (jego zaangażowanie w teatrze i duszpasterstwie w parafii były tajne).

W drugim roku wojny, po krótkiej chorobie, zmarł Karol Wojtyła – ojciec. To rozstanie – być może najtrudniejsze, bo poprzedzone odejściem żyjącej bardzo krótko siostry, potem matki i starszego brata – było też rozstaniem z domem rodzinnym. Także dosłownie, bo ze względu na trudną sytuację materialną, młody robotnik zamieszkał u przyjaciół. Rozeznanie powołania było dla Wojtyły męską decyzją w tym znaczeniu, że był całkowicie zdany na siebie, a przez to – coraz bardziej na Pana Boga.

W czasie wojny Lolek przepracował cztery lata jako robotnik fizyczny. Podjął pracę, żeby uchronić się przed wywózką na roboty do Rzeszy, a także po to, by mieć chociaż minimalne środki utrzymania. Poznanie środowiska towarzyszy, trud pracy w kamieniołomie i przy oczyszczaniu sody, a przy tym fascynacje zagadnieniami przyrodniczymi i możliwościami techniki były prawdopodobnie tym czynnikiem, który dał mu poczucie życiowej samodzielności, który „wepchnął go” w dojrzałość.

Te mocne doświadczenia z czasu wojny znalazły swój dalszy ciąg w życiu młodego księdza, a potem biskupa, dla którego ojcostwo było jedną ze spraw najważniejszych. Ojcostwo rozumiane jako relacja do dziecka, którą trzeba w sobie odkryć, jako sposób bycia duszpastrza z młodymi ludźmi, a w najgłębszym sensie – jako wniknięcie w tajemnicę Boga i przeżycie w niej swoich pragnień i doznań.

Karol Wojtyła miał w latach wojny poczucie, że otrzymuje wielkie dobro powołania w świecie ogarniętym szalonym złem. Warunki, w których żył, były ekstremalne, ale udziałem każdego powołanego powinna być świadomość otrzymania dobra do zrealizowania pośród świata, takiego jakim on jest.

Wybrzeża pełne ciszy

Kilkukilometrową drogę między domem a pracą pokonywał piechotą i po drodze mijał położony na wzniesieniu klasztor, w którym kilka lat wcześniej zmarła siostra o zakonnym imieniu Faustyna. „Jak można było sobie wyobrazić, że ten człowiek w drewniakach kiedyś będzie konsekrował bazylikę Miłosierdzia Bożego w krakowskich Łagiewnikach?” – pytał Jan Paweł II w 2002 roku w Krakowie.

Rzeczywiście, gdy powołany wkracza na drogę powołania, nie może przewidzieć, jakimi ścieżkami Pan Bóg go poprowadzi, ale bardzo dużo zależy od tego, czy od początku zdecyduje się „wypłynąć na głębię”. Karolowi Wojtyle dopomógł w tym pewien krawiec, Jan Tyranowski. Gdy okupanci wywieźli do obozu ich duszpasterzy, zaczął – w ramach Żywego Różańca – prowadzić pod względem duchowym grupę chłopaków, a wśród nich przyszłego świętego.

Karol Wojtyła wyniósł z domu solidne podstawy życia duchowego. Systematyczne przystępowanie do sakramentów świętych, chodzenie do stałego spowiednika, uczestniczenie w nabożeństwach i osobista modlitwa, kultura religijna i zainteresowanie sprawami wiary – były dla niego naturalne. Od Jana Tyranowskiego, którego proces beatyfikacyjny trwa, nauczył się świadomego kształtowania swojej osobowości zgodnie z wiarą, tak zwanej pracy nad sobą, i dowiedział się, na czym polega mistyczna więź z Bogiem.

Pan Bóg najwidoczniej dopełnił to, czego człowiek sam osiągnąć nie może, bo świadectwa o długim czasie spędzanym przez Karola Wojtyłę na modlitwie oraz siła, z jaką później mówił o wierze, pozwalają nam się domyślać, że jego doświadczenie Boga stało się już wtedy intensywne i bezpośrednie. Ślady przeżyć z tego okresu znajdują się w debiutanckim arkuszu wierszy wydanych anonimowo przez Wojtyłę w roku 1946. Jeden z nich nosi tytuł: Wybrzeża pełne ciszy. Tęsknota za nimi była tak silna, że już jako kleryk rozważał wybranie powołania kontemplacyjnego i wstąpienie do karmelitów przed czym powstrzymała go trzeźwa uwaga arcybiskupa Sapiehy.

Jednak – jak sam wyznał André Frossardowi – Pan Bóg nie zakomunikował mu powołania w nadzwyczajny sposób. Fakt ten „ujawnił się” stopniowo w świadomości Wojtyły i gdy dobrze zapowiadający się aktor, osiągnął wystarczającą pewność, podjął decyzję. W jego życiu zrealizowała się prawda bardziej ogólna: nie liczy się decyzja sama w sobie, ale dopiero wzięta razem z jej motywacjami. Pan Bóg może przekonać człowieka o powołaniu na wiele sposobów, jednak o dalszym życiu rozstrzyga to, czy człowiek przeżywa Boże działanie z głęboką i praktykowaną wiarą.

Wybrałem większą wolność

Oczywiście, nie obyło się bez rozterek. Chociaż we wspomnieniach przyjaciół został człowiekiem czującym się dobrze w towarzystwie dziewczyn, jego pierwszą miłością była „wielka Pani”, czyli poezja. Poezja oznaczała dla uzdolnionego gimnazjalisty, a później dla zapalonego studenta: przywiązanie do krajobrazu Beskidów, pierwsze doświadczenia na amatorskiej, a później na profesjonalnej scenie, grono przyjaciół, wejście w magiczną krainę języka i literatury, radość z pisania własnych utworów…

Układało się to w logiczną drogę życia z widokami na przyszłość. Początkowa decyzja o studiach polonistycznych była równoznaczna z wkroczeniem na ten szlak. Chociaż bliżsi i dalsi znajomi widzieli w jego zachowaniu – bardziej poważnym niż rówieśników – oznaki powołania do kapłaństwa, sam zainteresowany ich nie dostrzegał.

Decyzja o pójściu do seminarium oznaczała radykalne zerwanie z tym życiem, które dopiero się zaczęło. Zerwanie, które musiało oznaczać stratę. Dlatego Wojtyła potrzebował rady kogoś, kto miał za sobą podobne doświadczenia, kto stał się przekonującym świadkiem Chrystusa za cenę zmarnowania talentu. Takim człowiekim był zmarły w Krakowie trzydzieści lat wcześniej Adam Chmielowski – brat Albert.

Rozpoznawaniu powołania przez Wojtyłę towarzyszyły przymiarki do napisania sztuki o życiu Brata naszego Boga. Nie przedstawił swojego bohatera po prostu jako Bożego człowieka, który poświęcił się służbie biednym, ale starał się powiedzieć coś bardziej skomplikowanego. Oto w świecie, w którym tak wiele jest niesprawiedliwości i słusznego gniewu, egoizmu i działania złego ducha, Pan Bóg potrzebuje ludzi, którzy zdecydują się zostawić wszystko, żeby żyć dla innych. Którzy w ten sposób odnajdą samych siebie i będą żyli dla Niego.

W cztery lata po święceniach, wikary w parafii św. Floriana w Krakowie pisał ostatnie zdanie dramatu: „Wiem jednak na pewno, że wybrałem większą wolność”. Być może traktował je wciąż jak życzenie a nie przekonanie, ale dziś wiemy, że dalszym życiem wypełnił wyznanie głównego bohatera. Jego wolność polegała na byciu dla innych. Dzięki niej umiał wczuć się w sytuację człowieka prześladowanego, biednego, przeciwnika w dyskusji, a nawet – wroga. Dzięki niej pisał wiersze i dramaty, przemierzył świat jako papież. Dzięki niej uczynił Kościół świadkiem wiary dla pokolenia przełomu tysiącleci. Dzięki niej pozostał wiernym przyjacielem ludzi, którym towarzyszył w ludzkim i chrześcijańskim rozwoju. Dzięki niej został świętym.

ŚWIĘTY O POWOŁANIU

Książka teolożki Marty Kowalczyk Błogosławiona Dorota z Mątowów. Życie i duchowość to przede wszystkim zapis duchowych doświadczeń tej mistyczki z XIV wieku....

RECENZJE

0 46

Kiedy sięga się po książkę, której tytuł ewidentnie jest oksymoronem, właściwie nie wiadomo, czego się spodziewać. Ryczące owieczki ze zdjęciem pięknego stada owiec, kto...