Home Świadectwo Slow life według ojca Leona

Dlaczego o. Leon Knabit OSB jest strasznie zadowolony z życia w Tyńcu i jak Marcin Prokop odkrył swoje życiowe powołanie? Rozmowa benedyktyńskiego mnicha z popularnym prezenterem telewizyjnym.

MARCIN PROKOP: Czy w klasztorze łatwo jest pozostać sobą? Czy jak się jest zakonnikiem, to łatwiej o niezależność, czy przeciwnie – trudniej?

O. LEON KNABIT: Wspólnota jest po to, żeby w jej ramach, na jej tle, jednostka mogła się rozwijać. Mam być sobą, ale w tym konkretnym otoczeniu, które jest mi dane, w klimacie relacji. Niektórzy w tym poszukiwaniu siebie wychodzą na pustynię, tak aby nikt im nie przeszkadzał, ale mądrzy ludzie przed tym przestrzegają, bo nie każdy się do takiego życia nadaje. Jesteśmy powołani do miłości, a miłość musi być między co najmniej dwojgiem. Podobnie posłuszeństwo, które my, mnisi, ślubujemy: kto jest sam, nie ma jak praktykować posłuszeństwa, bo sam sobą rządzi.

Łatwo jest kochać wszystkich ludzi, jakichś braci, którzy żyją daleko – trudniej u siebie, blisko, zadbać o tych, których mam obok. Dosunąć krzesełko, nie rozrzucać rzeczy, zwrócić uwagę na proste gesty – z szacunku i miłości do drugiego człowieka. Ale to są fundamentalne sprawy. Najpierw jesteśmy ludźmi, potem chrześcijanami, a później dopiero kapłanami czy mnichami. Kiedy w jednym klasztorze mieszka czterdzieści osób, nie może być tak, że każdy chodzi po swojemu. Muszą być pewne zasady, jak w rodzinie: wszyscy wiedzą, kiedy się je, kiedy ktoś wraca z pracy, kiedy śpimy, kto jeszcze potrzebuje przed wyjściem do łazienki. Nie ma sztywnego planu, ale wiemy, o co chodzi.

Popatrzmy na wojsko: wojsko musi umieć iść w defiladzie. Kiedy jest czas, każdy sobie idzie własnym tempem. Ale na defiladzie równym krokiem. My, mnisi, w pewnym sensie jesteśmy takim wojskiem w Kościele. Kiedy więc występujemy razem, na przykład podczas wspólnej modlitwy chórowej, powinniśmy mieć, że tak powiem, zasadniczy krok defiladowy.

Każdy mnich jest jak cegiełka w murze, niezależnie od swojej funkcji, wykształcenia. Każdy ma jakąś rolę: czy biblista, wykładowca, czy redaktor gazety, czy duszpasterz, czy proboszcz, czy – jak ja – osoba działająca na niwie medialnej. Każdy ma coś swojego, niepowtarzalnego – talent, zdolności, powołanie – ale rozwija to w harmonii z innymi i dla ich dobra, nie sprawiając kłopotu przełożonym ani współbraciom. Podporządkowuję się pewnemu schematowi, a pod spodem kwitnie moje bogate życie wewnętrzne.

Widać to podczas obiadu: razem się kłaniamy, razem zasiadamy, wszyscy zakładamy serwetkę, a jednak każdy robi to nieco inaczej.

MARCIN PROKOP: Czyli prawie jak w korporacji: działamy dla dobra wspólnego, przestrzegamy pewnego określonego regulaminu.

O. LEON KNABIT: Pytanie, z jakich pobudek go przestrzegamy. Z lęku czy z miłości? Prawdziwa miłość usuwa lęk, jak czytamy w Biblii.

MARCIN PROKOP: Ciekaw jestem, jaka część nowych powołań wynika z autentycznej chęci budowania tego, o czym ojciec mówił, a jaka część jest efektem ucieczki. Zamknięcie się w klasztorze, gdzie panują jasne reguły, może być łatwiejsze niż życie w ciągłym poszukiwaniu własnej drogi. Zwłaszcza że dzisiejszy świat jest skomplikowany, opresyjny, wymaga wielu niełatwych wyborów, a tutaj wchodzimy nagle w przestrzeń, która jest już ubrana, prawda? Można dostać jakiś mundur, gotowy zestaw do obsługi rzeczywistości, nie trzeba samemu go wypracowywać.

O. LEON KNABIT: Nie, to nie działa tak automatycznie. Każdy przecież odkrywa tę drogę po swojemu. A jeśli ktoś nie ma prawdziwego powołania, nie wytrzyma. Sama chęć ucieczki przed światem to za mało. Bracia, którzy się nie angażują w życie zakonne, zwykle prędzej czy później występują. Od nas dwa lata temu wystąpiło siedmiu braci.

MARCIN PROKOP: Może inaczej sobie to życie wyobrażali? Może myśleli, że dostaną więcej odpowiedzi niż pytań?

O. LEON KNABIT: Raczej doszli do wniosku, że wolą już żyć w tym świecie, pełnym sprzeczności, niż w naszym, uporządkowanym. Zwyczajnie nie mieli powołania. Ono jest niezbędne. Jeśli ktoś ma talent do matematyki, to nie po to, żeby historię w szkole wykładał.

MARCIN PROKOP: A jak się objawia powołanie? Różnie u różnych ludzi, czy zawsze w podobny sposób?

O. LEON KNABIT: Rozmaicie i przeróżnie. Czasem jest tak, że już od samego początku ktoś wie, że będzie księdzem czy zakonnicą. To po prostu jakoś widać w biografii. A czasem słyszy się ten wewnętrzny głos z oporami, nieraz po długich walkach, awanturach z samym sobą, po różnych grzechach i bardzo nieciekawym życiu. Ale to jest tak silne pragnienie poznania Jezusa jako osoby, że już nic nie poradzę. Więcej nie wytrzymam, muszę za tym iść. To jest powołanie. Wszelkie inne motywacje, próby działania tylko od strony psychologicznej, nie zdają egzaminu.

MARCIN PROKOP: A zdarza się, że ludzie walczą z powołaniem? Odrzucają je?

O. LEON KNABIT: Czasem tak. Boją się, że nie dadzą rady albo że to jest złuda. Już jako licealiście podobało mi się bycie księdzem, ale nie byłem pewien: może to tylko moje widzimisię? W końcu powiedziałem: Panie Boże, jeśli to jest mój pomysł, a nie Twoja wola, to mi to pokaż. Zapytałem jednego kleryka: czy ksiądz uważa, że mam powołanie? A ten na to: masz, jak najbardziej, tylko się migasz. Ten głos człowieka z zewnątrz był dla mnie bardzo ważny i mnie przekonał. I trafił dobrze, nie mam wątpliwości! Jeszcze dwa lata temu byłem u tego księdza (dziś już nie żyje). Mówię mu: widzisz, Paweł, jakie ciekawe są drogi powołania. Jak ustalisz w wierze, że Pan Bóg czegoś chce, to już nie masz nic do gadania. Potem siedem lat się zastanawiałem, czy mam być w Tyńcu, czy nie. I Bóg przez różne znaki wskazał mi drogę: że tak.

Można to przenieść na inne dziedziny, aż do czysto osobistej. Przychodzi dziewczyna, popularna, lubiana, mająca powodzenie, i pyta: tylu chłopaków wokoło, którego wybrać? Ten fajny, ten bogaty, a ten we mnie zakochany po uszy. Dziewczyno, tego wybierz, którego ci serce wskaże. A jak mamusi się nie spodoba? To powiedz mamusi, że nie ona będzie z nim żyła, tylko ty. I pomódl się. No i wybrała, tak jak jej serce mówiło… Mamusia musiała się z tym pogodzić.

Zawsze chodzi o to samo: żeby przylgnąć do prawdy. Wsłuchiwać się w swoje wewnętrzne przekonanie. Znaleźć na dnie duszy, jakie jest moje „ja”.

MARCIN PROKOP: Czyli ojciec czuje się tu na swoim miejscu.

O. LEON KNABIT: Zdecydowanie tak.

MARCIN PROKOP: Myślę, że jednym z przekłamań współczesności, pełnej świeckich kapłanów nadmiernego optymizmu, jest twierdzenie, że każdy może być wszystkim: jeśli tylko bardzo pragniesz, masz marzenia, to w zasadzie możesz zostać, kimkolwiek chcesz. Uważam, że każdy ma jakąś swoją konstytucję, wewnętrzną i zewnętrzną. Jeden jest wysoki, a drugi niski, jeden jest gruby z natury, drugi chudy, jeden jest zdolny w piśmie, drugi w mowie. I naszą rolą, jeśli chcemy być szczęśliwi i spełnieni, jest znalezienie miejsca, które najlepiej do tej konstytucji pasuje.

Gdybym chciał na przykład zostać kierowcą Formuły 1, to co to byłby za kierowca, który wystaje z kokpitu na pół metra i waży dwa razy tyle, co inni chłopcy ścigający się tymi autami? Albo gdybym chciał zostać astrofizykiem, to może bym i został, jakbym się bardzo postarał i postudiował przez kilka lat, tylko po co, skoro są lepsi w tym ode mnie, bardziej uzdolnieni i mocniej kochający ten przedmiot?

O. LEON KNABIT: Mógłbyś zostać nawet hodowcą bananów.

MARCIN PROKOP: acquire nolvadex Ciekawa opcja, ale jakoś mnie jednak nie porywa.

Znalezienie własnego miejsca – takiego, które jest dla nas interesujące i zarazem naturalnie odpowiada naszym predyspozycjom – jest więc kluczem do poczucia spełnienia. Ja się też z tym trochę miotałem. Kiedy zdawałem maturę, było takie ciśnienie, że wszyscy muszą zostać ekonomistami, bankowcami albo prawnikami. Rodzice namawiali, środowisko naciskało, wielu kolegów poszło w tę stronę. Nie za bardzo wiedziałem, co chcę w życiu robić, nie zastanawiałem się zbyt mocno nad sobą – no to poszedłem też na bankowość. Wyobrażałem sobie, że dzięki temu będę miał ułożone życie, zapewnioną dobrą pracę, spełnione wszystkie materialne fantazje, dobry garnitur, zegarek i tak dalej, a przy okazji zyskam też jakiś wpływ na rzeczywistość, bo wiadomo: finanse rządzą światem. Bardzo szybko się okazało, że to jest zupełnie nie moje, niezgodne z moją konstytucją. Liczenie cudzych pieniędzy jest nudne, powtarzalne, moja praca jest wycinkowa, mam tylko jakiś wąski fragment rzeczywistości do obsługi, codziennie ten sam – jak w fabryce kafelków.

O. LEON KNABIT: I nie miałeś właściwie możliwości rozwoju?

MARCIN PROKOP: Mogłem zostać dyrektorem oddziału, dyrektorem okręgu, awansować gdzieś tam wyżej. Nie mogłem jednak znieść perspektywy spędzania czasu na powtarzaniu ciągle tych samych procedur. Słowo „procedura” jest tutaj kluczowe – nie wymaga myślenia, interpretacji, wymaga tylko poddania się. Wyłącza mózg. Zaczynasz czuć się jak szczur w labiryncie, który biega codziennie tą samą drogą. Przez kilka pierwszych dni jeszcze trzeba coś jarzyć, gdy szczur szuka swojej optymalnej ścieżki, ale potem, kiedy ją opanuje, porusza się już czysto schematycznie. Nie chciałem zostać takim szczurem.

Szukałem więc miejsca, które dałoby mi możliwość wykorzystania moich naturalnych umiejętności. Zawsze łatwo przychodziło mi władanie słowem i piórem, składanie myśli w całość. Ostatecznie poszedłem więc w tym kierunku.

Zaczynałem zresztą od gazetki, którą sam wydawałem na kartce papieru…

O. LEON KNABIT: W podstawówce?

MARCIN PROKOP: Tak, i co ciekawe, była to gazetka religijna. Nigdy nie byłem przesadnie religijny, ale powód był bardzo prosty. Otóż ksiądz na lekcjach religii dawał dzieciom obrazki z różnymi świętymi, a ja je wykorzystywałem jako ilustracje do mojego pisma. To były jedyne obrazki, jakie miałem do dyspozycji. Wklejałem je na całą stronę.

Wracając do szukania swojego miejsca w życiu: nie ma sensu wiosłować pod prąd. Jeśli coś przychodzi ci z łatwością, to płyń po prostu tą rzeką, nie próbuj pokonać nurtu, bo nic dobrego z tego nie wyjdzie.

O. LEON KNABIT: Trzeba jednak szukać źródeł, szukać początków swojego „ja”, a – jak wiemy – do źródła płynie się pod prąd, często pod prąd większości. Ta rzeczywistość ma więc dwie strony, nieco paradoksalnie. Muszę znaleźć własny nurt, własną ścieżkę, i nią podążyć – ale ona często płynie na przekór całej rzece, wbrew temu wielkiemu zewnętrznemu prądowi, który mnie chce porwać. Żyję w tłumie, ale nie jestem masą, nie jestem kolektywem. Idę sam.

MARCIN PROKOP: To prawda. Ujmijmy to tak: chodzi o to, żeby płynąć z prądem swoich przekonań, a nie z prądem cudzych oczekiwań.

Wiele osób unieszczęśliwia się przez to, że robi w życiu rzeczy, których – ich zdaniem – oczekują od nich inni: bliscy, rodzice, autorytety. Moje studia z dziedziny bankowości też były tego przykładem. Chciałem sprawić przyjemność rodzicom, pójść za głosem środowiska.

O. LEON KNABIT: I jak ci się udało przebrnąć?

MARCIN PROKOP: Skończyłem studia, zrobiłem magisterium, przez jakiś czas nawet pracowałem w banku.

O. LEON KNABIT: Coś takiego! Jak Słowacki!

MARCIN PROKOP: generic nolvadex O, proszę, to nie wiedziałem. On też był bankowcem?

O. LEON KNABIT: Musiał zarabiać, a na swoich wierszach, niestety, kiepsko by wyszedł.

MARCIN PROKOP: Przez ten czas funkcjonowałem w dwóch równoległych rzeczywistościach: na co dzień w banku przekładałem papierki i kserowałem dokumenty, a po godzinach, prywatnie, zajmowałem się pisywaniem do szuflady różnych tekstów, recenzji płyt…

O. LEON KNABIT: No i co się stało?

MARCIN PROKOP: Rzeczywistość dawała mi znaki. Wierzę, że tak robi. Na każdym kroku mi pokazywała, że ten bank nie jest mój.

Dostałem na przykład dokumenty do skserowania, co było dość prostym zajęciem, a okazało się, że nawet tego nie umiem zrobić dobrze. Nie rozszyłem papierków i zamiast kserować strona po stronie, kserokopiarka wciągnęła cały plik dokumentów… i już go nie było.

Potem, za karę, kazano mi układać papiery w kasach pancernych w skarbcu. Miałem je tylko powkładać do odpowiednich szaf, ale nie zamykać, bo się szyfry przestawią. Oczywiście zapomniałem, pozamykałem szafy, poprzekręcałem gałki, a następnego dnia brygada antyterrorystyczna ze spawarką musiała się do tych szaf dobierać.

O. LEON KNABIT: A to dobre. Można by film o tym nakręcić.

Marcin Prokop - fot. marcinprokop.com

MARCIN PROKOP: Przełom nastąpił, kiedy pewnego dnia wracałem z pracy i w tył samochodu wjechał mi inny samochód. Ewidentnie była to wina tamtego kierowcy, był on jednak ode mnie starszy, lepiej ubrany, miał krawat, białą koszulę, więc policja skłaniała się raczej ku jego zeznaniom, on zaś twierdził, że to moja wina, bo nie miałem świateł stopu, co było nieprawdą. Sfrustrowałem się, nie wiedziałem, co robić, i w pewnym momencie z tej bezsilności wyszarpnąłem mu wieczne pióro, które miał w kieszeni marynarki, i chciałem się na niego rzucić. W amoku dźgnąłem go tym piórem w klatkę piersiową jak nożem. Pióro się złamało, atrament poplamił mu koszulę. A potem, gdy wymieniliśmy się dokumentami, okazało się, że samochód, którym jechał, jest zarejestrowany na mój bank – a on jest tego banku dyrektorem. Następnego dnia miałem rozmowę z szefową, która powiedziała mi, że chyba jednak nie ma tam dla mnie miejsca.

Mniej więcej w tym czasie napisałem list do pisma „Machina”, które się akurat pojawiło – to był taki magazyn o popkulturze. Napisałem jako czytelnik, polemizując z tezami jednego z artykułów. Ktoś mi odpisał w tym duchu: skoro jesteś taki mądry i taki wyszczekany, to może sam byś napisał jakiś artykuł? Potraktowałem to jako wyzwanie i napisałem artykuł, czego się nikt nie spodziewał. Zaproszono mnie jednak do redakcji i opublikowano tekst, i tak zostałem współpracownikiem. Potem dziennikarzem, szefem promocji pisma, a na końcu dyrektorem całego wydawnictwa.

O. LEON KNABIT: A kiedy przyszedł czas na telewizję? Bo ja cię jednak głównie z telewizji znam.

MARCIN PROKOP: Do telewizji trafiłem nieco przez przypadek, kiedy zamknięto „Machinę”. Poszedłem do MTV, gdzie pracował mój znajomy, z pytaniem, czy nie szukają tam dyrektora promocji albo kandydatów na inne administracyjne stanowisko, bo na tym się znałem – zarządzałem wcześniej gazetą. Wychodząc ze spotkania, spotkałem tego kolegę, a on mówi: fajnie cię widzieć! Zobacz, tu mamy studio, kamery, kończymy akurat casting na prowadzącego do nowego programu, przesłuchaliśmy kilkanaście osób, mamy jeszcze kwadrans, studio jest wolne, więc jak chcesz, to nagraj sobie jakieś pozdrowienia dla rodziców, wypalimy ci to na płycie, będziesz miał pamiątkę. Nagrałem kilka wygłupów. Dwa dni później odbieram telefon: fajnie wypadłeś, masz tę robotę. Ja na to: super, to kiedy zaczynam, które biurko moje? Ale nie tę robotę masz, nie, jako dyrektor nie byłeś przekonujący, ale wygrałeś casting na prowadzącego. Okazało się, że kolega, nic mi nie mówiąc, dał te moje pozdrowienia razem z nagraniami kandydatów – i zostałem wybrany, bo wypadłem najbardziej naturalnie.

Można to nazwać przypadkiem, można w tym widzieć rękę Opatrzności albo przeznaczenia – jak kto woli.

Następny przypadek był taki, że Kuba Wojewódzki, wówczas juror w Idolu – dużym, bardzo popularnym programie rozrywkowym – postanowił zrezygnować na jeden sezon z pracy w tym show. Parę dni przed jego decyzją wygłupiałem się akurat w telewizji i nie znając go zupełnie, zadzwoniłem do niego dla żartu i wkręciłem go w jakąś dziwną historię, a on się dał wkręcić.

O. LEON KNABIT: To było na żywo, na antenie?

MARCIN PROKOP: Tak. I tak mu się to spodobało, że postanowił zaryzykować i zaproponował mi, żebym go zastąpił. Uznałem, że pewnie: nie umiem, ale się nauczę. On odszedł, a ja przyszedłem. Nikt mnie nie znał, nikt nie wiedział, kim jestem, zaczynałem kompletnie od zera.

Jestem racjonalistą, twardo stąpam po ziemi, a jednocześnie mam przekonanie, że rzeczywistość regularnie podsuwa nam rozmaite znaki, drogowskazy, trzeba je tylko umieć dostrzec i zinterpretować.

Wszechświat podpowiada ci, co jest twoje, a co nie twoje, gdzie jest miejsce dla ciebie, w czym się możesz sprawdzić… Potrzeba tylko dużo odwagi, żeby umieć skoczyć w ciemno do basenu i dopiero w locie zastanowić się, czy jest w nim woda i jak głęboka.

Zawsze wolałem takie rozwiązanie od stania na trampolinie i rozważania: skoczyć czy nie skoczyć. Skakać, w przeświadczeniu, że jakoś zawsze się wyląduje. W zaufaniu, że w każdych okolicznościach da się znaleźć kreatywne rozwiązanie. Że nasz umysł jest jak spadochron: zadziała, pod warunkiem że będzie otwarty.

Wierzę, że rzeczywistość otwiera nam różne okna transferowe. Wielu z nas zwyczajnie nie chce w te okna zajrzeć. Woli czekać nie wiadomo na co i narzekać, że nie dostało od losu szansy.

O. LEON KNABIT: Albo że nie ma szczęścia w życiu. To dość łatwe: uznać, że po prostu ma się pecha. A to nie pech, tylko brak odwagi.

MARCIN PROKOP: Myślę też, że wiele osób zbyt często kwestionuje własne decyzje: czy ja dobrze zrobiłem, czy źle?

O. LEON KNABIT: Jak już zrobiłeś, to idź dalej, prawda?

MARCIN PROKOP: Zaufaj sobie z przeszłości, ot co.

O. LEON KNABIT: Myślę, że to, co obaj dziś przeżywamy, to jest jakiś rodzaj sukcesu. Obaj jesteśmy na fali. Ten sukces jest oczywiście podszyty rozmaitymi problemami, kłopotami, niemniej saldo naszego życia jest bezwzględnie dodatnie.

MARCIN PROKOP: Na czym u ojca polega ten sukces?

O. LEON KNABIT: Na tym, o czym cały czas rozmawiamy: na znalezieniu swojego miejsca. Choć to raczej sukces Pana Boga. Mój wkład jest taki, że poszedłem za głosem, który mnie wzywał, i że udało mi się wytrwać w tej decyzji, mimo rozmaitych innych możliwości, aż do dzisiaj.

Wytrwałość, wierność – to jest dla mnie podstawowy sukces. Do wszystkiego innego podchodzę spokojnie.

Tyniec to moje miejsce, moja rodzina. Tu obsada się nie zmienia, to miejsce wybiera się na stałe, tu się osiada na dobre i na złe. Tu się żyje i umiera. A Tyniec trwa. Nieraz mnie ludzie pytają, jak można wytrzymać w jednym miejscu całe życie. Jak siedzę przy biurku, piszę, nie czuję, żebym był w jakimkolwiek więzieniu. Tu jest pięknie, wspaniale, mamy przyrodę, rozmaite kolory…

Poza tym nie siedzę wyłącznie na miejscu. Benedyktyni też podróżowali, wędrowali, ewangelizowali przecież całą Europę – toteż mnie przypadło w udziale, żeby też trochę pojeździć.

MARCIN PROKOP: Stał się ojciec osobą popularną, rozpoznawalną. To też można traktować jako sukces.

O. LEON KNABIT: Nigdy nie podchodziłem do tego jak do osobistego sukcesu. Cieszyłem się, jak najbardziej, ale dlatego, że traktowałem swoją popularność jako użyteczne narzędzie walki z antyklerykalizmem. Jeśli ludziom się to spodobało – że jest taki mnich, który gada z każdym, i to do rzeczy, różne osoby do programu zaprasza i każdej wysłucha, od prawa do lewa – to jestem z tego powodu bardzo zadowolony. Dobrze, że ludzie zobaczyli, że tak też można w Kościele: z uśmiechem, otwartością, pogodą ducha, bez lęku, rozmawiać z młodymi, nawet jak się jest starym dziadem. Ale nie traktuję tego osobiście.

Bardzo się cieszę, że w ramach pracy zakonnej przydzielono mi właśnie to – pracę w mediach. Mój przełożony uznał, że się nadaję, że to przynosi jakieś korzyści, jest dobre dla Kościoła. Tak to wygląda w klasztorze: dostajemy określone zadania i co ustalone, to dla dobra wspólnego wykonujemy. Każdy się stara robić swoje jak najlepiej. A reguła mówi, że jeśliby się ktoś chełpił rzemiosłem, które uprawia, to należy mu to zajęcie odebrać i nie dawać z powrotem, dopóki się nie poprawi i nie uzna, że to jest zwyczajna, pokorna służba.

Oczywiście, jest we mnie i element zadowolenia, że to, co robię, wychodzi na dobre ludziom i klasztorowi, i odrobina próżności… nie przeczę. Na szczęście widzę, że nie jestem najlepszym mnichem. Są mnisi bardziej punktualni, lepiej zachowujący porządek, staranniej wykonujący polecenia i tak dalej. To mnie sprowadza na właściwe miejsce. Każdy ma swoją rolę, jak w ciele: jest noga, ręka, oko, każde niezastąpione, ale żadne nie może żyć samodzielnie. To pozwala odnaleźć właściwą perspektywę, powstrzymuje od unoszenia się próżnością, wynoszenia nad innych.

Strasznie jestem zadowolony z życia w Tyńcu. Święty Paweł powiedział: wszystko mi wolno, wszystkiego mogę doświadczać, ale nie wszystko jest dla mnie pożyteczne. Sednem wszystkiego jest zobaczenie, co jest pożyteczne dla mnie. Umiejętność wyboru – jak ta, którą ma twoja córeczka.

MARCIN PROKOP: Jak na wakacjach w hotelu w Szarm el-Szejk: podchodząc do suto zastawionego szwedzkiego stołu, większość ludzi ładuje sobie na talerz kopiaste porcje, których nie jest w stanie zjeść, tylko dlatego, że wielozmysłowość tych smaków i kolorów ich kusi. Tymczasem sztuką jest nałożyć na talerzyk tyle, żeby się najeść, ale nie przejeść.

O. LEON KNABIT: „Wstawałem od stołu zawsze troszkę niedojedzony”. Takie nasze hasło przewodnie. Prawdę mówiąc, po tylu latach życia zakonnego patrzę na wszystko nie tyle w perspektywie sukcesu, ile radości. To wszystko – moje powołanie, to, że wytrwałem, spokój, jaki mi daje takie życie, fakt, że udało się uniknąć dodatkowych stresów, jakiegoś gonienia nie wiadomo za czym – wszystko to jest dla mnie ogromną radością. dopoxetine without prescription Slow-life_2b

***
Tekst jest fragmentem rozmowy o. Leona Knabita OSB z Marcinem Prokopem „Nie muszę jeść wszystkiego”, która jest częścią książki Slow life według ojca Leona wydanej przez krakowski Znak.

Dodaj komentarz


*

ŚWIĘTY O POWOŁANIU

buy Lasix online Książka teolożki Marty Kowalczyk Błogosławiona Dorota z Mątowów. Życie i duchowość to przede wszystkim zapis duchowych doświadczeń...

RECENZJE

0 63

W historii Narodu Wybranego było wiele kobiet, które odegrały w niej jakąś rolę, mniej lub bardziej ważną. Była Ewa, a tuż za...