Home Świadectwo Pan Bóg daje mi full pakiet

Godzina 12.47, zakonny współbrat, 16 maja, włoscy misjonarze i szelmowski uśmiech Jezusa – gdy doświadcza się zbawienia, pamięta się wiele szczegółów. O swoich spotkaniach z miłosierdziem opowiada najpopularniejszy polski wędrowny kaznodzieja – o. Adam Szustak OP.

 

„Czasami ludzie, którzy myślą nad swoim powołaniem pytają mnie: „skąd ojciec wiedział, że ojciec ma być księdzem?”, „jak to ojciec rozeznał?”. Ja tego nie rozeznałem. To jest kolejny potwierdzający w moim życiu moment, że trzeba być nikim – tzn. Pan Bóg zrobił w moim życiu wszystko za mnie. Naprawdę. Ja jestem stuprocentowym przykładem kogoś, kto nie zrobił w swoim życiu nic, ale to absolutnie nic i wszystko w moim życiu zrobił – nie tylko dla mnie, ale i za mnie – Pan Bóg i mam nadzieję, że tak zostanie do końca życia” – mówi o. Adam Szustak.

O. Szustak z przekonaniem wyznaje, że od początku życia wiedział, że ma być księdzem. Mógł mieć trzy, cztery, może pięć lat, gdy pojawiła się pierwsza świadoma myśl – nie wiedział wówczas kim jest Jezus, czym jest Kościół, ale od zawsze wiedział, że ma być księdzem. Pierwsze wspomnienie z dzieciństwa, to wyjazd na kolonie na Mazury. Para jego kolegów brała zabawowy ślub, a on – jako kapłan – go błogosławił.

„Wiem, że to się wydaje dziwne. Ale nie potrafię sobie przypomnieć momentu w życiu, kiedy bym myślał, że nie będę księdzem. Wtedy ludzie mówią: ‚ale ksiądz miał łatwo, bo od początku wiedział’. Nieprawda. Potem przez 20 lat życia skutecznie przed tym uciekałem. Taka wiedza w niczym nie pomaga dlatego, że i tak trzeba ją przyjąć, jako coś swojego. Wiedzieć, nawet mieć pewność, a tę pewność przeprowadzić w sobie, to są dwie różne historie” – wyznaje dominikanin.

Mówi, że przez całe życie „miał to w sobie”, ale skutecznie przed tym uciekał. W seminarium, w zakonie, nawet po święceniach kapłańskich wcale nie wiedział, że to jest jego powołanie. To, że to jest jego droga, wie od 16 maja 2008 roku. „To, że byłem wyświęconym księdzem nic nie zmieniało. Nie martwcie się, jeśli nie możecie czegoś znaleźć a w czymś żyjecie i ciągle tego nie czujecie. Nie szkodzi. Bo nie chodzi o to, co się robi – to musi dotrzeć do środka. Ja tego szukałem 30 lat” – mówi.

O. Adam Szustak - fot. Jakub Wolski - KO ŚDM Kraków 2016 (1)

Nieczystość aż do prostytucji

Młody Adam nie wychowywał się w religijnej rodzinie choć z wdzięcznością dla rodziców wspomina, że go ochrzcili, a później nie stwarzali przeszkód przy pierwszej komunii i bierzmowaniu. Pierwszy radykalny moment w głowie Adama pojawia się w drugiej klasie szkoły średniej. To wtedy poczuł bardzo mocne pragnienie, że musi zostać duchownym. Wtedy też po raz pierwszy uciekł z domu do zakonu. Kolega zabrał go na rekolekcje do klaretynów. Styl ich życia i bliskość z Panem Bogiem tak mu się spodobały, że postanowił zostać i nie wracać do domu. Nie mógł, bo był niepełnoletni. Ze spuszczoną głową wrócił do domu, w którym wówczas zaczęły się „prześladowania chrześcijan” – jak określa to dziś o. Szustak. „Została mi zakazana wszelka forma wiary. Była przejmowana moja korespondencja, którą próbowałem utrzymywać z zakonem. Po latach odnalazłem wszystkie te listy w szufladzie u mojej mamy” – opowiada.

Jedynak największą radość sprawiał rodzicom, kiedy poznawał jakąś dziewczynę. „Tato przychodził do mnie z kluczykami od samochodu, z kasą i mówił: ‘jedź, baw się’. Kiedy się pojawiała jakaś dziewczyna, było szaleństwo. Ja to skrzętnie wykorzystywałem i niestety wszedł w to Zły. Zacząłem się strasznie gubić. Największym przekleństwem mojego życia przez kilkanaście lat była nieczystość, która zaczęła się w trzynastym roku mojego życia. Wtedy zaczął się taki mocny krach u mnie w domu. W ten sposób na to zareagowałem i od trzynastego roku życia wlazłem w nieczystość i się od niej całkowicie uzależniłem. Ona się rozwijała potem latami w ekstremalne formy. Aż do prostytucji” – wyznaje zakonnik i przekonuje, że kiedy mówi o nieczystości, to wie o czym mówi.

Zawsze wydawało mu się, że to jest największe przekleństwo w jego życiu. Wydawało mu się. „To Zły nam wmawia, że nasze grzechy są naszym największym przekleństwem” – ocenia z perspektywy czasu i dodaje, że nieczystość zupełnie go uwięziła, odebrała godność, poczucie, że jest wart kochania.

W klasie maturalnej powróciła myśl o kapłaństwie. Była silniejsza niż przekonanie, że jego życie, bardzo grzeszne życie ma się nijak do bycia księdzem. „W maju powiedziałem rodzicom, że jadę do Krakowa zdawać egzamin na historię. A pojechałem do Częstochowy zdawać egzamin do seminarium. Dostałem się. We wrześniu, dzień przed wyjazdem, poinformowałem o tym w domu. To był Armagedon” – opowiada o. Szustak. Po pierwszym roku nabrał poważnych wątpliwości – nie tylko we własne powołanie, ale także wiara w Pana Boga wydawała się wówczas bez sensu. Na seminaryjne wakacje wyjechał do Zakopanego, żeby pochodzić trochę po górach. Ale drugiego dnia, zamiast na Giewont trafił na „Wierchy” – do dyskoteki na Krupówkach. „Na antresoli zobaczyłem ją. Wiedziałem, że moje życie będzie wyglądało od tej pory zupełnie inaczej” – opowiada o spotkanej dziewczynie, z którą szybko wszedł w związek. Po trzech wakacyjnych miesiącach o wiele bardziej myślał o ślubie niż o święceniach kapłańskich.

Lasix reviews cheap dopoxetine O. Adam Szustak - fot. Mateusz Mleczko - KO ŚDM Kraków 2016 (1)

Zakon to inna rzeczywistość

We wrześniu, tuż przed rozpoczęciem kolejnego roku w seminarium zawsze odbywają się tygodniowe rekolekcje. „Mówię do tej mojej kochanej: ‘słuchaj, pojadę na te rekolekcje i dam Panu Bogu taką ostatnią szansę – jakby On mnie chciał, to żeby była taka opcja. Za tydzień wracam, zaręczamy się i bierzemy ślub. Będziemy żyć długo i szczęśliwie” – opowiada o. Adam. Rekolekcje prowadził o. Mirosław Pilśniak, ówczesny przeor dominikanów w Krakowie. To był pierwszy dominikanin jakiego Adam Szustak widział na oczy. „Na tych rekolekcjach było potwornie. To były najnudniejsze rekolekcje świata” – wspomina dziś zakonnik. Nie trafiało do niego nic z tego, co mówił rekolekcjonista. Myślał, że już nie wytrzyma, ale zastanawiała go jedna myśl. Któregoś dnia o. Pilśniak rzucił mimochodem, że dzwonili do niego wieczorem bracia z Krakowa, pytali jak jest na rekolekcjach i powiedzieli, że mógłby już wrócić, bo za nim tęsknią. To był pierwszy sygnał, który pokazał Adamowi, że zakon to inna rzeczywistość. „Jak można w ogóle tęsknić za rektorem, za swoim przełożonym?” – zastanawiał się wtedy.

Coś przełomowego wydarzyło się w czwartek o 12.47. O. Szustak dokładnie pamięta tę godzinę. Msza św. była w południe. O 12.47 przystępował do komunii. Do ołtarza podchodził z przedostatniej ławki seminaryjnej kaplicy. „Wstałem z tej ławki i mnie ścięło. Nie potrafię powiedzieć co się wydarzyło, ale po prostu usłyszałem głos: ‘pójdziesz do tego zakonu’. To było tak mocne fizyczne doświadczenie, tak ogarniające, że nogi mi się ugięły” – wspomina. Przypomnijmy, że wówczas Adam Szustak nie miał zielonego pojęcia kim są dominikanie. Po Mszy poszedł do zakrystii i mówi do o. Pilśniaka: „Proszę ojca, nazywam się Adam, jestem po pierwszym roku seminarium, mam narzeczoną i będę się żenił. Właśnie usłyszałem, że mam wstąpić do tego zakonu”. „Mirek na mnie spojrzał i powiedział: ‘dobrze, tu jest adres, jedź’ i napisał mi adres nowicjatu w Poznaniu” – mówi dominikanin.

Adam zgodnie z poleceniem rekolekcjonisty napisał do Poznania. Był wrzesień a nowicjat zaczyna się w lipcu, więc zaproponowano mu, żeby przyszedł za rok. Zakończył wtedy znajomość z dziewczyną z Zakopanego. A całą historię opowiedział ojcu duchownemu w częstochowskim seminarium. Ten uznał to za „podszepty Szatana” i zabronił jakichkolwiek kontaktów z dominikanami. Z perspektywy czasu o. Adam uważa to za błogosławieństwo, bo jego decyzja miała być z Ducha Świętego a nie z wyrachowania. „Chodziło o to, żebym ja nie wiedział co robię, tylko żeby się stało dokładnie tak, jak powiedział Pan Jozuemu: ‘zrobisz wszystko, co ci powiem’. To był jeden moment w moim życiu, kiedy byłem posłuszny” – mówi o. Szustak.

Minął rok. Przekonanie o tym, że ma iść do zakonu nie minęło, więc pojechał do dominikanów. W Poznaniu doświadczył szoku. Jedyny dominikanin, którego znał, to o. Pilśniak, który głosił rekolekcje w białym habicie. Gdy zobaczył o. Jana Górę jeszcze w czarnym płaszczu to pomyślał, że wstąpił nie do tego zakonu, do którego trzeba… Podobnie miał wtedy, gdy oficjalnie witano wszystkich nowicjuszy w Zakonie Braci Kaznodziejów. „O matko! Nie jest w tym zakonie, co trzeba. Miałem przecież wstąpić do dominikanów” – myślał wtedy przerażony nie wiedząc, że „dominikanie” to tylko zwyczajowa nazwa Zakonu Kaznodziejskiego.

„Potem przeżyłem rok miodowy” – tak określa swój nowicjat u dominikanów o. Szustak. Nie znał wcześniej zakonu, do którego wstąpił, ale to właśnie tam spełniły się wszystkie jego wyobrażenia o życiu duchowym księdza i zakonnika, o jego modlitwie, aktywności i relacjach z braćmi. „Ja tylko przychodzę, a Pan Bóg daje mi full pakiet” – stwierdza.

O. Adam Szustak - fot. Jakub Wolski - KO ŚDM Kraków 2016 (2)

Nowe narodziny

Miodowy rok Adama trwał… dziesięć miesięcy. Miał składać pierwsze śluby, ale się zakochał w Magdzie. I to tak, że był przekonany, że się z nią ożeni. Z perspektywy czasu widzi w swojej historii historię św. Augustyna – poznał Boga, wiedział, że u Niego będzie szczęśliwy, ale nie potrafił znaleźć w sobie siły, żeby pójść za Nim a zerwać z grzechem. Adam miał tak samo – u dominikanów odnalazł przecież pełnię tego, czego oczekiwał od życia, ale wzbraniał się przed zrobieniem decydującego kroku i złożeniem ślubów. W noc przed uroczystością intensywnie prosił Pana Boga o interwencję w tej sprawie. Interwencji nie było. Adam odczytał to jako znak i złożył śluby. Wątpliwości nie ustąpiły. Ciągle myślał o opuszczeniu zakonu. W końcu zdecydował się na rozmowę z przełożonym wszystkich braci. Okazała się jednym z trzech najważniejszych wydarzeń w jego życiu. „Przez półtorej godziny opowiedziałem mu wszystkie syfy swojego życia” – mówi o. Szustak, który wtedy był przekonany, że to rozmowa pożegnalna. Ale dwa zdania o. Tomasza Golonki zmieniły wszystko. „Adaś, jeśli jest tak, jak mówisz, to jest źle” – miał powiedzieć okraszając odpowiednimi epitetami. Drugie zdanie było jak siekiera, która całkowicie rozorała serce Adama: „Dawaj jeszcze, dawaj wszystko – będziemy to nosić”.

„Nagle do mnie dotarło, że stoi ze mną gość, któremu sprzedałem całe gówno, które mam w sobie, a on mnie nie odrzucił, nie potępił, tylko powiedział, że weźmie to ze mną i będzie to ze mną nosił, żeby nie było mi z tym ciężko. Będzie to ze mną nosił, nie po to, żebym to rozwijał, tylko po to, żeby mi w tym pomóc” – wyjaśnia o. Szustak. Gdy sobie to uświadomił, sprzed oczu znikł mu o. Golonka. „To było moje pierwsze doznanie łaski. Nagle zrozumiałem, że po prostu taki jest Bóg” – opowiada o. Szustak, który wówczas stwierdził, że skoro jest w miejscu, w którym Bóg do niego mówi, że kocha go mimo wszystko, to on chce tam zostać do końca życia. To doświadczenie po raz pierwszy zmieniło myślenie Adama Szustaka o Bogu. „Cały czas myślałem o tym, że muszę się zmienić, naprawić , wydobyć z tych grzechów, pokonać słabości; jak ja to wszystko zrobię, to wiadomo, że Bóg będzie mnie kochał”. Wiedział, że Bóg jest miłością, ale nie potrafił przyjąć, że może go kochać, skoro jest obarczony tyloma wadami, które dodatkowo nie za bardzo chce porzucić. „A On mi nagle mówi, że będzie to ze mną nosił…”.

Adam Szustak został wyświęcony na kapłana. Został duszpasterzem akademickim w krakowskiej „Beczce”. Jednak Zły zamazał całe jego wcześniejsze doświadczenie Boga a eksponował ludzką grzeszność. „Wychodziłem w niedzielę na Mszę, stało przede mną cztery tysiące ludzi a ja miałem takie dołujące wrażenie, że nie wierzę, że mówię o Bogu a Go nie znam” – wspomina dominikanin, który miał poczucie rozdwojenia jaźni. Wszystko zmieniło się 16 maja 2008 roku.

Kilka dni wcześniej do o. Szustaka zadzwonił współbrat z Warszawy i poprosił, żeby zorganizował rekolekcje z dwoma włoskimi kapłanami – ks. Enrique Porcu i ks. Antonello Cadeddu. W Warszawie ktoś odwołał jeden termin i księża z Przymierza Miłosierdzia mieli kilka dni wolnych i mogli przyjechać do Krakowa. O. Szustak wymigiwał się przed organizacją wydarzenia – nie znał rekolekcjonistów i był do nich uprzedzony a poza tym nie wierzył, że jacyś studenci przyjdą na rekolekcje w maju, w okresie wielkanocnym. Po namowach współbrata, choć niechętnie, ale zgodził się. Gdy już przyjechali do Krakowa nie mógł nawet z nimi zamienić słowa, bo mówili tylko po włosku, którego dominikanin nie znał. Okazało się, że do kościoła przyszły dzikie tłumy, bo wiele osób – w przeciwieństwie do o. Szustaka – znało księży Enrique i Antonello. Już pierwszego dnia powiedzieli, że bardzo dziękują za zaproszenie, cieszą się na rekolekcje, ale ich wewnętrznym powołaniem jest modlitwa za kapłanów i zaproponowali dominikanom indywidualną modlitwę. Wywiesili listę, żeby bracia zapisywali się na poszczególne godziny następnego dnia. Na 120 zakonników żaden się nie wpisał. O. Szustakowi, jako organizatorowi ich pobytu w Krakowie było głupio, więc jako pierwszy wpisał swoje nazwisko. Później dopisało się jeszcze dwóch innych ojców.

Tak doświadczenie tej modlitwy, która trwała blisko godzinę opisuje o. Szustak: „Usiadłem na stołku a oni wzięli mnie w obroty – zaczęli się ze mną modlić. Zanim jeszcze otwarli usta, zanim cokolwiek powiedzieli, ja zostałem zabity, umarłem” – wspomina o. Adam zwracając uwagę, że ks. Enrique trzymał mu wówczas rękę na sercu. „Miałem wrażenie, że ktoś mi otworzył klatkę piersiową i wyciągnął serce. Stało się to, co opisuje prorok: Pan Bóg wziął serce kamienne; zobaczył, że po tylu latach nie ma opcji, żebym się nawrócił. Po prostu wziął wyciągnął, wymienił aortę, powymieniał komory, wsadził z powrotem, zamknął i zaszył. Wypłakałem wtedy osiem wiader łez” – opowiada dominikanin. Księża powiedzieli mu jakie jest jego prawdziwe imię – pokazali mu biblijną historię zawartą w tym imieniu, która jest jego historią. Nie znali go wcześniej, a opowiedzieli mu jego historię. „Nie potrafię tego opowiedzieć, ale jak ktoś zapyta mnie czy spotkałem Boga żywego, nikt mnie nigdy nie przekona, że Go nie spotkałem. Bo to nie miało nic wspólnego z nimi – oni nie byli do niczego potrzebni. Pan Bóg się nimi posłużył” – mówi z przekonaniem o. Szustak, który narodził się wówczas na nowo. „Wyszedłem z tej kaplicy, jakby ktoś dał mi nowe ciało, nowego ducha, po prostu wszystko nowe. Jakbym był zupełnie kimś innym”.

Namacalnie doświadczył tego, o czym pisze św. Paweł, że nic nie jest w stanie odłączyć go od miłości Chrystusa (por. Rz 8, 38-39). „Nie chodzi o to, że nie ma mnóstwa spraw w życiu, z którymi nie mogę sobie poradzić. Są. Ale to nie ma żadnego znaczenia. Jest mnóstwo rzeczy, które muszę naprawić w swoim życiu. Ale ja już jestem w ziemi obiecanej – Jerycho zostało zburzone, zamknięte pieczęcie zostały otworzone. Jestem najbardziej umiłowanym człowiekiem na świecie. Nikogo Bóg tak nie kocha jak mnie. Jego potęga polega na tym, że On każdemu może dać dokładnie takie samo doświadczenie. I to nie jest oszustwo z Jego strony, że każdy ma takie przekonanie, że On nikogo nie kocha tak bardzo, jak ciebie” – mówi z przekonaniem o. Adam.

To doświadczenie rozwijało się w zakonniku. „Nagle urosła we mnie niewiarygodna Boża obecność, przekonanie, że On jest. Nagle zobaczyłem, jak niewiarygodnie jestem kochany. On wziął wszystkie moje grzechy i je zabrał, po prostu je wyrwał; nie ma ich” – mówi o. Szustak i dodaje, że to wtedy zrodziła się w nim myśl: „Wstaniesz i będziesz wędrownym kaznodzieją”. Dzisiejszego stylu swojego życia, formy posługi dominikanin – jak przekonuje – nie wymyślił sam. „Ja nic w życiu nie rozeznałem – ja wszystko dostałem. On ze wszystkim przychodzi i mówi mi, co mam robić” – wyznaje o. Szustak.

O. Adam Szustak - fot. Jakub Wolski - KO ŚDM Kraków 2016 (4) nolvadex without prescription

Odchodzę z zakonu

Trzecia rzecz, która się wówczas wydarzyła, to było polecenie założenia wspólnoty. Do jej współtworzenia było chętnych kilkadziesiąt osób, które wyszły z duszpasterstwa akademickiego. Spotykali się co tydzień i modlili się do Ducha Świętego. Po roku pojechali do Szczawnicy na weekend rekolekcyjny. „Jak mnie ktoś pyta, jak wyglądało zesłanie Ducha Świętego w wieczerniku, to wiem, bo widziałem. Jeżeli ktoś mnie pyta, co to znaczy języki ognia nad głowami, to wiem, co to znaczy. Jak ktoś mnie pyta, co to znaczy szum wiatru jak gwałtowny wicher, to wiem, co to znaczy” – przyznaje o. Szustak. To był 16 maja. Dokładnie rok po tym, jak o. Adam otrzymał nowe życie, podobne doświadczenie spotkało uczestników rekolekcji w Szczawnicy.

Po rekolekcjach o. Szustak sprawę funkcjonowania wspólnoty – zgodnie z zasadami panującymi w zakonie – przedstawił kapitule klasztoru, czyli wszystkim braciom. Ku jego zaskoczeniu, wręcz oburzeniu, kapituła nie wyraziła zgody na działalność i nakazała rozwiązać wspólnotę. O. Adam postanowił tego wieczoru, że odchodzi z zakonu.

Tak się jednak nie stało. Rok później w czasie modlitwy zobaczył twarz Pana Jezusa, który szelmowsko się do niego uśmiechał i powiedział, że to On posłużył się jego współbraćmi. „To Ja mam cię prowadzić. Ja ci mówię, co będziesz robił, kiedy będziesz robił i jak będziesz robił” – przypomina słowa Pana Jezusa o. Szustak przyznając, że było to trzecie najbardziej wyzwalające dla niego doświadczenie. „To było zdarzenie, które mi powiedziało „jesteś nikim” w najlepszym sensie tych słów. Ja ci wszystko dam, Adaś, ja wiem, że ty ciągle próbujesz po swojemu. Nie chodzi o to, że źle, tylko ciągle próbujesz coś zbudować na sobie. Ciągle chcesz jakieś dobro wyciągnąć z siebie, Adaś. Ja je mam, dam ci każde dobro” – zdaje się cytować słowa Jezusa, która wówczas słyszał. Dziś przyznaje, że od tamtego momentu żyje „w totalnym szczęściu”.

„Dla mnie wiara nie jest czymś, o czym zdecydowałem, do czego doszedłem długą pracą, żmudnym nawracaniem się. Zbawienie zostało mi darmo dane. Przyszedł, bo już miał dość czekania na mnie, bo już się niecierpliwił, że ja ciągle nic nie robię” – mówi o. Szustak, ale przyznaje, że stało się to za jego zgodą, w wolności. „Im bardziej coś sknocę, bardziej w jakiś grzech pójdę – On jest tam jeszcze bardziej, naprawdę jeszcze bardziej” – dodaje dominikanin podkreślając, że królestwo niebieskie polega na nieustannym doświadczeniu tego, że jest się kochanym, chcianym, akceptowanym, przyjętym, najcudowniejszym, najwspanialszym, jedynym. „On istnieje i działa. Jest dla ciebie na wyciągnięcie ręki – dzisiaj, nie jutro. Kiedy tylko chcesz, tylko Go o to poproś, tylko Go zaproś”.

 

Tekst powstał na podstawie świadectwa o. Adama Szustaka wygłoszonego podczas konferencji „Jestem nikim. Lekcje Jozuego” w Nowym Sączu, 23 maja 2015 roku.

ŚWIĘTY O POWOŁANIU

buy Lasix online Książka teolożki Marty Kowalczyk Błogosławiona Dorota z Mątowów. Życie i duchowość to przede wszystkim zapis duchowych doświadczeń...

RECENZJE

0 26

Nie sięgam po fantastykę, ponieważ nie leży ona w kręgu moich zainteresowań literackich. Tym razem jednak sięgnęłam. Mogłabym przyznać, że nie miałam...