Home Świadectwo Od superklechy do charyzmatu, czyli zmiana oprogramowania

Zanim pojawiła się myśl o kapłaństwie, planowałem zrobienie kariery, i to bardzo konkretnej kariery. Że są to jedynie moje marzenia, a nie droga, którą powinienem iść, zorientowałem się, kiedy przestały mi one dawać pokój w sercu i radość. Wówczas zaufałem Panu Bogu.

Chyba każdy przechodził przez taki etap swojej wymarzonej przyszłości. Moją wymarzoną przyszłością było życie, którego zasmakowałem w Radomiu w latach dziewięćdziesiątych, kiedy będąc w szkole średniej, zacząłem chodzić na kółko teatralne. Później z tego kółka zrodziły się konkretne warsztaty teatralne, aż w końcu w Teatrze Poszukiwań w Resursie radomskiej odbył się nabór młodzieży do zespołu teatralnego. Wziąłem udział w tym castingu i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu dostałem się. Trafiłem pod opiekę pani reżyser i choreograf Marzeny Odzimek-Jarosińskiej, która była założycielem tego teatru, i przez trzy lata bardzo ciężko pracowałem, ucząc się fachu amatorskiego aktora w półzawodowym teatrze. Zrobiliśmy kilka bardzo dobrych spektakli; poznałem wspaniałych wykładowców Akademii Teatralnej w Warszawie. Wielu moich rówieśników jest dzisiaj znanymi aktorami, którzy robią kawał dobrej aktorskiej roboty w teatrach w całej Polsce. Zresztą, kiedy brałem udział w różnych konkursach recytatorskich, po pierwszych falstartach okazało się, że jednak coś tam pani Marzena Odzimek-Jarosińska dostrzegała we mnie i po trzech latach wykładowcy rzeczywiście bardzo dużo ze mnie wyciągnęli. Byłem już na tyle zaawansowany w aktorskim kunszcie, że w najbardziej prestiżowych konkursach recytatorskich udało mi się zgarnąć pierwsze miejsca. Pod koniec mojej aktorskiej kariery stałem już prawie z indeksem Akademii Teatralnej, ponieważ udało mi się wygrać Ogólnopolski Konkurs Recytatorski. W pewnym momencie sytuacja wyglądała tak, że w ręce trzymałem już decyzję prowincjała ze zgodą na rozpoczęcie nowicjatu, a przede mną były otwarte drzwi do Akademii Teatralnej. To był niezły numer w moim życiu, bo najmniej się spodziewałem takiego rozwoju sytuacji.

Muszę przyznać, że jeśli chodzi o mój warsztat aktorski, to szedłem na całość, bo przecież to było moje marzenie. Zresztą, wszyscy mnie o tym przekonywali, tym bardziej że znałem już część wykładowców, wielu moich rówieśników już wtedy dostało się na Akademię. W każdym razie jeszcze miałem chwilę, aby podjąć ostateczną decyzję. Wykorzystując ten czas, sam zacząłem prowadzić teatr i nawet wyreżyserowałem kilka spektakli. Pomyślałem, że może jednak lepiej będzie, jeśli sam nie będę występował, bo lepiej czułem się w roli reżysera. Pisałem nawet jakieś scenariusze i zrobiłem kilka własnych spektakli, które udało mi się wystawić w teatrze. Niektóre z nich zostały nawet nagrodzone w ogólnopolskich konkursach. Myślę, że u podstaw mojego marzenia o karierze aktorskiej była nie tyle chęć spełnienia się w roli aktora czy reżysera, ile przede wszystkim pragnienie samorealizowania się jako człowiek, który powinien być oglądany i podziwiany dlatego, że ma taki, a nie inny talent.

Jednak Pan Bóg często dociera do człowieka w sposób tak subtelny, że czasami nawet tego nie dostrzegamy. W czasie tej mojej pracy aktorskiej pojawił się kontakt z żywym słowem, ze Słowem Bożym, którego konsekwencją było wielkie pragnienie poznania Pana Boga, pragnienie wejścia w tę przestrzeń duchową. Nagle teatr przestał mnie cieszyć i moje marzenie o karierze aktorskiej w konfrontacji z życiem duchowym i z Bogiem przestało być ważne. W międzyczasie pojawiło się wielkie pragnienie poświęcenia się Panu Bogu. Był to moment; kapłan czy zakonnik (bo od początku miałem powołanie do złożenia ślubów rad ewangelicznych) stał się dla mnie takim superbohaterem, który w habicie ratuje świat; takim supermenem w habicie, który idzie na ulice, uzdrawia chorych, nakłada ręce, wskrzesza zmarłych, karmi głodnych, ratuje sieroty, po prostu zbawia świat. Widziałem siebie jako takiego superbohatera w sutannie, który właśnie poznał Pana Jezusa, a On, pełen zachwytu mną i wdzięczności, że łaskawie zgodziłem się pójść tą drogą, wybiera mnie i daje mi takie pragnienia. Właśnie tak to sobie wyobrażałem, że tak to będzie wyglądało. Reasumując: pierwsze moje marzenia były związane z teatrem, a później pojawiły się pragnienia świętości i superbohaterstwa kapłańskiego. Tak właśnie postrzegałem świat i swoją w nim rolę. Chyba nieprzypadkowo pojawiło się w tym miejscu to słowo, ponieważ w gruncie rzeczy nadal pozostawałem w swoim teatrze, z tą różnicą, że tym razem już na zawsze miałem przyjąć rolę zbawiającego świat superbohatera w habicie.

Co ciekawe, w tym czasie nie miałem żadnego wzoru kapłana. Niemal jak w sztuce scenicznej sam sobie wymarzyłem swoje kapłaństwo i właśnie tak to widziałem. Niemniej miałem takie pragnienia i one nie tylko nie były udawane, ale były szczere i bardzo silne. Nie wiem, skąd się te pragnienia pojawiły, a było to o tyle zaskakujące, że przecież nie pochodziłem z rodziny praktykującej, nawet trudno nazwać ją wierzącą. Jedynie moja babcia była w rodzinie osobą, która cały czas usiłowała ukierunkowywać mnie na Pana Boga. Były jednak pewne osoby w moim życiu, a konkretnie moje koleżanki, które chodziły na pielgrzymki, jeździły na spotkania Taizé, a że mi się podobały i bardzo mi było miło w ich towarzystwie, więc i ja pojechałem na spotkanie Taizé i zacząłem chodzić na pielgrzymki. Tak to się właśnie zaczęło. Jak widzicie, Pan Bóg ma niesamowite bogactwo sposobów, aby dotrzeć do człowieka, i dobiera je bardzo indywidualnie. W moim przypadku wykorzystał moje zmysły i wrażliwość emocjonalną i estetyczną.

Pierwszą świadomą spowiedź odbyłem w wieku dziewiętnastu lat i była to pierwsza moja spowiedź od pierwszej Komunii świętej. Bierzmowanie przyjąłem z przyzwoitości, bo trzeba było, no i dlatego, że wszyscy tak robili. Dopiero później zaczęło się więc moje życie sakramentalne. W każdym razie była to bardzo ważna dla mnie spowiedź, ponieważ po niej, kiedy zaczęła we mnie działać łaska i eksplodowały we mnie dary Ducha Świętego, Pan Bóg zaczął te wszystkie zaniedbania i duchowe brudy we mnie oczyszczać.

To moje wymarzone kapłaństwo trwało we mnie, dopóki nie zacząłem nowicjatu. Do tego czasu jednak karmiłem się idealnym kapłaństwem, m.in. poznając życiorys św. Ojca Pio i św. Jana Marii Vianneya, którzy stali się moimi wzorami. Wyobrażałem sobie, że będę właśnie takim wielkim ascetą, może nawet jeszcze lepszy od nich. Wówczas właśnie to mną kierowało. Później poznałem św. Józefa Kalasancjusza, założyciela zakonu pijarów, księdza diecezjalnego, który chciał robić karierę. Zrobił więc dwa doktoraty. Pomagało mu w tym to, że był człowiekiem zdolnym i elokwentnym. Bardzo wysoko mierzył, bo pojechał w tym celu do Rzymu. Na ulicach Wiecznego Miasta spotkał bardzo biedne dzieci, które nie miały szans na rozwój intelektualny ze względu na biedę, w której żyły. To spotkanie spowodowało, że zostawił dotychczasowy świat i zaczął w pełni żyć dla tych dzieci, założył dla nich szkołę, w której uczył je czytać i pisać. Ostatecznie założył zakon i tak powstali pijarzy. Dostrzegłem wyraźne podobieństwo jego losów do swojej drogi życiowej – przecież ja też chciałem robić karierę – dlatego to on stał się dla mnie wzorem kapłana. Pomyślałem, że ja też tak jak on chcę żyć w takim radykalnym duchu, być takim superbohaterem. Zaryzykuję stwierdzenie, że właśnie to wyobrażenie życia radykalnego pociągnęło mnie do kapłaństwa. Nie pociągnęło mnie wyobrażenie życia wygodnego czy bezpiecznego, lecz właśnie radykalnego, takiego „po bandzie”, na całość. Takie też było moje wymarzone chrześcijaństwo w sensie ogólnym, dlatego identyczne wymagania stawiałem nie tylko kapłanom, ale wszystkim katolikom.

Z perspektywy czasu doszedłem do przekonania, że moja przygoda z teatrem była zamysłem Pana Boga, który w ten sposób przygotowywał mnie do mojej drogi kapłańskiej. Było to doświadczenie konieczne, ponieważ pomogło mi przygotować grunt pod to, co później miało się wydarzyć w moim życiu zakonnym. Zresztą, w zakonie też nie udało mi się uciec od teatru, czego przykładem jest temat mojej pracy magisterskiej: jak wykorzystać techniki teatralne w pracy dydaktycznej. Teatr cały czas był obecny w moim życiu i przez pryzmat doświadczeń teatralnych wybierałem właśnie to konkretne zgromadzenie zakonne. To właśnie dzięki wcześniejszemu doświadczeniu aktorskiemu i reżyserskiemu dokonałem jednego z największych odkryć w moim życiu, jakim była praca z młodzieżą. Swego czasu miałem okazję popracować jako wolontariusz w domu dziecka. Byłem instruktorem teatralnym. Widziałem, jakie są owoce mojej pracy – resocjalizacji przez teatr – i gdy myślałem o swoim powołaniu kapłańskim, to jakby w naturalny sposób patrzyłem na Kalasancjusza i założony przez niego zakon. Widziałem w charyzmacie pijarskim ogromny potencjał do realizacji tego, co Pan Bóg już włożył w moje serce. Nosiłem w sobie wizję wymarzonego chrześcijaństwa i wymarzonego kapłaństwa; zaczęło się to wszystko oczyszczać, gdy rozpocząłem nowicjat, który był wspaniałym czasem w moim życiu, wspaniałym czasem mojego osobistego dojrzewania.

W zakonie pijarów nowicjat trwa rok (wcześniej jest jeszcze miesiąc przednowicjatu). Przeżyty w Rzeszowie rok nowicjatu dał mi bezcenną możliwość przebywania ze wspaniałymi ludźmi, moimi współbraćmi. Miałem ten zaszczyt i szczęście być z kapłanami, którzy byli dla mnie wzorem. Za ich sprawą to moje wymarzone kapłaństwo zostało gdzieś przede mną schowane, dzięki czemu mogłem bardziej skupić się na sobie jako chrześcijaninie. W ten sposób wiele rzeczy poukładało mi się w głowie, za co jestem moim formatorom niezmiernie wdzięczny. Nie stałoby się to jednak, gdybym im nie dał przestrzeni do tego, by mogli działać, gdybym się na ich pełne mądrości i miłości słowa nie otworzył. Na szczęście Pan Bóg dał mi tyle pokory, abym wiedział, że właśnie tak trzeba. Miałem takie wewnętrzne poczucie, że muszę grać z moimi formatorami w otwarte karty. Dlatego nie miałem żadnych tajemnic ani przed magistrem nowicjatu, ani przed ojcem duchownym, bo miałem wewnętrzną wolność. Stanąłem w prawdzie i powiedziałem sobie, że jestem, jaki jestem, są rzeczy, które się we mnie nie zmienią, ale są też takie, które mogą się we mnie zmienić. Powiedziałem sobie, że jeśli formatorzy, poznawszy mnie, stwierdzą, że jestem materiałem na zakonnika, to pójdę, a jeżeli każą mi wracać do domu, to wrócę. Nie odczuwałem żadnej presji w tej sprawie, ponieważ była to przestrzeń wolności.

Później to samo zrobiłem w seminarium. Grałem w otwarte karty i miałem świadomość, że nie przywiodły mnie tutaj moje chęci, lecz posłuszeństwo natchnieniom. Jeżeli więc – mówiłem sobie – pokryje się to z opinią o mnie moich przełożonych, będzie to dla mnie potwierdzeniem, że nie ma mowy o mojej fanaberii, lecz że to Pan Bóg mnie woła. Gdyby to była tylko ludzka sprawa, to już dawno by mnie tam nie było.

W czasie formacji przechodzimy przez powolny proces przemiany świadomości od kapłaństwa wymarzonego do kapłaństwa wyuczonego, czyli takiego, jakie powinno być. Oczywiście nie chodzi o to, że ktoś mnie wyuczył bycia kapłanem, bo w seminarium, wbrew pozorom, tego się nie uczy, lecz chodzi o kapłaństwo wyuczone w sensie podręcznikowym. Na tym etapie pojawiły się biografie współbraci, biografie kapłanów, których poznawałem już jako kleryk, a wraz z nimi wykłady z teologii pastoralnej. Uczyłem się m.in., jak powinno być w życiu kapłańskim i czym jest kapłaństwo od strony teologicznej. Zadziwiające jest to, że słuchając tych wszystkich wykładów z filozofii, teologii i innych przedmiotów, przez całe sześć lat studiów chłonąłem tę wiedzę jak małe dziecko, ponieważ to wszystko uzupełniało moje poznanie intuicyjne. Ja to wszystko gdzieś w sobie miałem, a to, co słyszałem na wykładach i co czytałem w książkach, było jedynie potwierdzeniem tego wszystkiego. Ta teologia życia duchowego była moim głębokim pragnieniem. Szedłem na wykłady, słuchałem i myślałem: ja tego chcę, to jest moje życie, to jest moja przestrzeń. Nie była to dla mnie przykra teoria do zgłębienia, którą trzeba zdać, zaliczyć, bo studia tego wymagają, lecz coś niezwykle istotnego, coś, co mnie budowało. Dlatego to wszystko wchodziło we mnie, jak nóż w masło.

***

Każdy człowiek ma czasami takie chwile w życiu, jakby nie wiedział, po co żyje. Ja również nie byłem wyjątkiem. Pamiętam, że w seminarium cały czas cierpiałem, bo miałem poczucie, jakby czegoś mi brakowało, ale kompletnie nie wiedziałem, czego. Zacząłem już głupieć i mówić czasami do siebie: nie wiem, może mi po prostu kobiety brakuje, a może czegoś, co utraciłem wraz z dzieciństwem, ale niestety nie wiem, co to jest. Postanowiłem w końcu porozmawiać z ojcem duchownym i on wtedy stwierdził: Słuchaj, a może ci po prostu Pana Jezusa brakuje? Odpowiedziałem mu, że brakuje mi Pana Jezusa, ale żeby do tego stopnia, że aż wewnętrznie mnie to rozwala? Przecież cały czas mam jakąś tęsknotę w sobie, której nie potrafię określić. Z tą tęsknotą miotałem się aż do święceń. I wtedy wszystko się wyjaśniło. Gdy opadły emocje po święceniach, poszedłem do konfesjonału, gdzie wyspowiadałem kilka osób, następnie odprawiłem Mszę świętą, a gdy wróciłem do zakrystii, stanąłem naprzeciwko lustra i zobaczyłem siebie w ornacie. W tym momencie pomyślałem sobie: Boże, tego mi brakowało! Teraz jestem sobą, to jest moja natura. Dopiero przy ołtarzu poczułem, że w końcu jestem tu, gdzie powinienem być, i robię to, co całe życie chciałem robić. To było właśnie tęsknotą mojego serca. Sądzę, że powołanie polega właśnie na tym, że Bóg daje takie pragnienia serca, które mogą zostać zaspokojone, jeśli się realizuje to powołanie.

Okladka_Przód-kopia

Tekst stanowią fragmenty książki o. Piotra Różańskiego SP „Ksiądz też ma dwie nogi… Dylematy posługi kapłańskiej”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Sumus.

Dodaj komentarz

ŚWIĘTY O POWOŁANIU

Sprawdzony przepis na niebo? Oddać całe życie na ziemi drugiemu człowiekowi. Szczególnie takiemu, który sam już nie może się o siebie zatroszczyć.

RECENZJE

0 235

Kiedy przyglądamy się biblijnym patriarchom, dochodzimy do wniosku, że każdy z nich jest na swój sposób intrygującą postacią. Izaak, którego wywiodła w...