Home Świadectwo Komu zawdzięczam moje kapłaństwo?

Kiedy patrzymy na wznoszący się nowy budynek, to nie od razu widać jego końcowy kształt. Widzimy fundamenty, pierwsze piętra i zastanawiamy się, co będzie w tym pomieszczeniu, a do czego służy to przejście, a dlaczego tu są jakieś kolumny. Dopiero po wykończeniu wszystko staje się jasne. Podobnie jest z powołaniem. Z biegiem czasu różne wydarzenia składają się w jedną całość. Wyjaśnia się zagadka, po co były różne mniej lub bardziej przyjemne historie. Teraz, będąc kapłanem z zaledwie kilkumiesięcznym stażem, mogę powiedzieć, że Pan Bóg przygotowywał mnie do tego 27 lat – czyli całe moje życie. Chcę więc pokazać kilka momentów, które były ważnymi punktami w procesie rozeznawania mojego powołania.

Muszę powiedzieć, że człowiek wierzący we wszystkim widzi działanie Boga i jego zamiary, a nie przypadkowe zbiegi okoliczności. Pierwszym takim zamiarem było to, że kiedy miałem 5 lat moi rodzice postanowili przeprowadzić się do Bolszewa, na teren naszej pijarskiej parafii. Więc od małego, nawet nie będąc tego świadomym, obserwowałem pijarów pracujących w naszej parafii. Spotykałem się z wieloma z nich na katechezie. Niektórzy już zakończyli ziemską pielgrzymkę. Myślę, że obecność w parafii pijarskiej miała kluczowe znaczenie dla mojej drogi rozeznania powołania.

W Ewangelii św. Jana powołanie pierwszych uczniów czy też Natanaela nie dokonuje się przez słowa Jezusa, ale przez inne osoby. Jan Chrzciciel wskazał na Jezusa mówiąc: „Oto baranek Boży”, zaś Filip przyszedł do Natanaela i przyprowadził go do Jezusa. To jest również moja historia. Wiele osób przyprowadzało i mnie do Jezusa. Pamiętam, jak byłem w gimnazjum, to nasz katecheta, o. Tomasz Abramowicz SP, zaproponował mi i grupie moich kolegów dosłownie: „weekend w klasztorze”. Byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni. Nigdy wcześniej nikt nam czegoś podobnego nie proponował. Tak wyglądała droga na nasze pierwsze weekendowe dni skupienia.

„Obawiam się, że nie będę na tej drodze czuł się dobrze. – A kogo to obchodzi? Ważne, żeby Kościół czuł się dobrze z Tobą”. To zapis rozmowy pewnego kleryka z ówczesnym rektorem seminarium krakowskiego – bp. Grzegorzem Rysiem. Pamiętam te słowa bardzo mocno. Przeczytałem je w książce tegoż właśnie biskupa. To przestawiło nieco moje myślenie. Powołanie to nie jest miejsce, gdzie ja będę się najlepiej czuł, ale to miejsce, gdzie jestem najbardziej potrzebny. Bóg stwarzając człowieka zaprasza go do współpracy – tylko pytanie w jakim charakterze i jaki to rodzaj „pracy”. W pierwszych wiekach kapłanów święciło się dla konkretnej wspólnoty. Jeśli w danej wspólnocie umierał kapłan, to wybierano spośród siebie następnego, który miał pełnić tę funkcję. Jak brakowało księdza, to po prostu ktoś musiał się poświęcić. Dzisiaj w wielu miejscach Europy są ogromne braki księży. Spotkałem ostatnio proboszcza z parafii w centrum Paryża. Oczywiście nie był to Francuz, ale Afrykańczyk. W Czechach prowadzimy trzy parafie, a biskup chce nam dać jeszcze czwartą. Z Czech od dziesiątek lat nie ma żadnego pijara, a lokalna społeczność nie wydaje się być przejęta faktem, że jeśli Polacy zakończą tam pracę, to pewnego dnia pozostaną bez kapłana.

Popatrzyłem również na naszą parafię w Bolszewie. Od ponad 60 lat posługują tam pijarzy. Natomiast jedyny mój poprzednik, o. Kazimierz Sojka, ma już 59 lat kapłaństwa. To był dla mnie również wyraźny znak, że Bóg szuka kogoś właśnie z tej wspólnoty parafialnej, kogo mógłby namaścić do posługi kapłańskiej.

I tutaj chciałbym przejść do kolejnej sprawy. Bardzo ważne było dla mnie to, że spotkałem ludzi, którzy byli spragnieni mojego kapłaństwa. Pamiętam do dziś rozmowę z jedną z nauczycielek naszej pijarskiej szkoły w Poznaniu, która dziękowała mi za to, że odpowiadam na powołanie do kapłaństwa. Była wdzięczna, bo wie, że potrzebuje kapłanów! Takie momenty są bardzo ważne, gdyż pokazują, że ktoś czeka na to, bym został prezbiterem. W kościele pierwszych wieków święcenia kapłańskie odbywały się w Niedzielę Palmową. Zaś na początku Wielkiego Postu obchodzono dzień wyboru kandydatów do kapłaństwa. Był to zarazem dzień postu w ich intencji oraz w intencji powołań. Ten post miał pokazać Bogu jedno: jesteśmy spragnieni kapłanów! Chcemy kapłaństwa tych, których wybieramy na kandydatów do tego stanu!

Po święceniach dowiedziałem się również jak wiele osób modliło się za mnie. W pamięci mam życzenia, które składały mi osoby z grup modlitewnych mojej parafii. Jedno zdanie brzmiało tak: „Jesteś powołaniem wybłaganym przez modlitwy i cierpienia prostego ludu kaszubskiego”. Wiem, że to również im zawdzięczam moje kapłaństwo.

O ile wstępując do zakonu nie byłem do końca przekonany czy dobrze robię, ani na pewno nie byłem świadomy co tak naprawdę robię, bo tak też powiedziałem Ojcu Prowincjałowi na rozmowie wstępnej, to teraz jestem coraz bardziej przekonany, że przez to wszystko prowadził mnie Bóg. Nie można powiedzieć czy krzesło jest wygodne, dopóki się na nim nie usiądzie. Podobnie i z powołaniem. W seminarium można pewne rzeczy przewidywać, jak to będzie po święceniach. Jednak ostatecznie Bóg oczekuje zaufania. Trzeba zrobić krok mając przed sobą pewne niewiadome, ponieważ nie da się wszystkiego sprawdzić. Nie da się chociażby sprawdzić jak to jest spowiadać kogoś. Tak jak Bóg prowadził Izraelitów przez pustynię, tak też prowadził i mnie. Teraz przede mną nowy etap. Ktoś mądrze powiedział, że święcenia to nie punkt dojścia, ale punkt wyjścia. Chcę wejść w te wszystkie bramy, które Pan przed mną otwiera, w te wszystkie pola posługi, możliwości, miejsca, gdzie chce mnie posłać.

Dodaj komentarz


*

ŚWIĘTY O POWOŁANIU

Książka teolożki Marty Kowalczyk Błogosławiona Dorota z Mątowów. Życie i duchowość to przede wszystkim zapis duchowych doświadczeń tej mistyczki z XIV wieku....

RECENZJE

0 28

W historii Narodu Wybranego było wiele kobiet, które odegrały w niej jakąś rolę, mniej lub bardziej ważną. Była Ewa, a tuż za...