Home Powołanie w świetle Biblii Egzamin ze znajomości Prawa

Jezus w drodze do Jerozolimy coraz częściej wchodzi w konfrontacje ze swoimi przeciwnikami. O jednej z takich sytuacji opowiada św. Łukasz. Jezus jest poddany próbie przez uczonego w Prawie – ma wskazać prostą receptę na osiągnięcie życia wiecznego.

Niewinne pytanie ma być pułapką – wybrać to najważniejsze spośród 613 praw. Ma służyć ośmieszeniu Jezusa, Jego niekompetencji i nieznajomości Prawa. Ponieważ zadaje je uczony w Prawie, Jezus udzielając odpowiedzi odwołuje się do Prawa. Ty, znawca prawa powinieneś wiedzieć. Jak czytasz? Pułapka obróciła się przeciwko temu, który ją zastawił. Autorytet znawcy Prawa może lec w gruzach – słucha tego lud, a wówczas może się okazać, że to nie tylko osobista porażka, ale również ośmieszenie wobec ludu. Uczony w Prawie zostaje zmuszony, by udzielić odpowiedzi na pytanie, które miało być pułapką zastawioną na Jezusa. Oto egzaminator musi sam zdać egzamin ze znajomości Prawa. Następuje zamiana ról. I trzeba przyznać, że w pełni zasługiwał na swój tytuł uczonego w Prawie – zna je i zdaje celująco, wskazując na przykazanie miłości jako najważniejsze przykazanie Prawa. Ale trzeba jakoś wyjść z sytuacji. Bo skoro wie, to czemu pytał? Dlatego uczony w Prawie zadaje nowe pytanie: A kto jest moim bliźnim?

Skoro zgadzamy się, że miłość jest najważniejszym przykazaniem, to trzeba zapytać, komu się ona należy z mojej strony. Kto jest moim bliźnim? – to znaczy: kogo mam kochać? Komu należy się moja miłość? Czy są tacy ludzie, których kochać nie muszę?

Takie pytanie może się pojawiać – czy rzeczywiście moja miłość należy się każdemu. W Starym Testamencie miała dodatkowe uzasadnienie. Obowiązywała bowiem niepisana zasada: będziesz miłował bliźniego swego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. Chrystus opowiada wówczas historię miłosiernego Samarytanina.

Samarytanie i Żydzi nie tylko nie utrzymywali ze sobą kontaktów, ale odnosili się do siebie wrogo. Idąc z Galilei do Jerozolimy Żydzi nadkładali drogi, by tylko ominąć ziemie zajmowane przez Samarytan. Kiedy Jezus zmierzał do Jerozolimy, Samarytanie nie chcieli udzielić mu gościny, a wówczas synowie Zebedeusza – Jakub i Jan, chcieli prosić, by mała miejscowość samarytańska została zniszczona ogniem z nieba. I właśnie Samarytanin zostaje postawiony jako wzór.

Było mi dane widzieć drogę z Jerozolimy ku Galilei niedaleko siedzib Samarytan. Do dziś droga nie wzbudza raczej zaufania. Pustynny charakter, odludzie. Drogi dotyka niemal pustynia judzka. Nic dziwnego zatem, że było to miejsce niebezpieczne, gdzie można było spotkać się z napaścią i rabunkiem. I jednocześnie tak blisko krainy Samarytan. Przypowieść jest zatem zakorzeniona w realnych krajobrazach. Każdy Żyd musiał znać zagrożenia związane z tym miejscem. Tam, w jakiś sposób naturalnie, mogły się krzyżować drogi Samarytan i Żydów, jak to na pograniczu.

Na drodze leży ranny człowiek. Schodził z Jerozolimy, więc Żyd. Został obrabowany, pobity i poraniony. Porzucony na pustynnej drodze jest skazany na pewną śmierć, jeżeli nie z odniesionych ran, to z powodu upału i braku wody. I drogą, na której ów nieszczęśnik leży, przechodzi kapłan – prawdopodobnie zmierza w kierunku Jerozolimy, sprawować kult. Zobaczył rannego, ale poszedł dalej. Pomoc udzielona rannemu, dotknięcie się ran wykluczyłoby go ze sprawowania kultu. Nie może zaciągnąć rytualnej nieczystości. Kult jest dla niego ważniejszy od człowieka. Podobnie lewita. Jego funkcja w kulcie polegała na ofiarach kadzenia, a także na wykonywaniu śpiewów. Obaj omijają rannego i zmierzają ku Jerozolimie, by uczestniczyć w kulcie Boga. Samarytanin idący drogą dostrzega również poranionego człowieka. Udziela pomocy, nie patrząc na to, że to Żyd. Udziela pomocy, łagodząc ból i pragnienie rannego, ale również udzielając mu dodatkowej pomocy, której nie musiał udzielać. Zawiózł do gospody i zapłacił za opiekę i gościnę dla rannego. Zobowiązał się również do wyrównania dodatkowych nakładów, gdyby takie były po stronie gospody. Nie ograniczył się do minimum pomocy. To nie była litość na chwilę. Przejął się losem rannego i udzielił pomocy, która wykracza poza ramy zwyczajności.

Kończąc przypowieść o Samarytaninie, Jezus zadaje kolejne pytanie uczonemu w Prawie: kto z tych trzech okazał się według ciebie bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców? Na tak postawione pytanie uczony w Prawie również odpowiada bezbłędnie. Warto jednak zobaczyć, że tym pytaniem Jezus odwraca sposób myślenia uczonego. On pytał: kto jest moim bliźnim? Jezus pokazuje, że to jest źle postawione pytanie. Nie warto się zastanawiać nad tym, komu należy się moja miłość. To nie jest ważne, bo każdy człowiek zasługuje na miłość. Postawa kapłana i lewity nie zyskuje uznania, chociaż zmierzali ku świątyni, by oddać cześć Bogu. Nie można bowiem prawdziwie kochać Boga, nie dostrzegając człowieka. Ale dużo istotniejsze jest inne pytanie, które trzeba sobie postawić: Czy ja jestem bliźnim dla drugiego człowieka jak ów Samarytanin, który przyszedł z pomocą potrzebującemu? Czy ja jestem bliźnim dla drugiego człowieka?

Kiedy uczony w Prawie właściwie odpowiedział na ostatnie pytanie, Jezus wraca do pierwszego zagadnienia. Pytałeś, jak osiągnąć życie wieczne. Idź i czyń podobnie jak Samarytanin, a zdobędziesz życie wieczne. Miłosierdzie wobec bliźniego, które potrafi przyjść z pomocą i nie liczy się z własnymi kosztami, jest właściwą postawą i najlepszą realizacją przykazania miłości…

Dodaj komentarz


*

ŚWIĘTY O POWOŁANIU

Książka teolożki Marty Kowalczyk Błogosławiona Dorota z Mątowów. Życie i duchowość to przede wszystkim zapis duchowych doświadczeń tej mistyczki z XIV wieku....

RECENZJE

0 118

Kiedy sięga się po książkę, której tytuł ewidentnie jest oksymoronem, właściwie nie wiadomo, czego się spodziewać. Ryczące owieczki ze zdjęciem pięknego stada owiec, kto...