Home Powołani, powołane Zawsze będziemy wspierać syna

O przygotowaniach do misyjnego wyjazdu, pobycie młodzieży w Liberii i o tym, co działo się po powrocie do Polski opowiada mama jednego z uczestników projektu.

Decyzja o wyrażeniu zgody na ten wyjazd nie była łatwa. Od marca wiele godzin spędziłam przy komputerze, śledząc przypadki zachorowań w Gwinei i Sierra Leone a pod koniec czerwca kilka zachorowań i zgonów już w Liberii, w rodzinie pielęgniarki z New Kru Town, na północ od Monrovii. Sytuacja zmieniała się zależnie od tego, jak radziły sobie służby sanitarne i Lekarze Bez Granic. Równocześnie trwały przygotowania zdrowotne, kondycyjne oraz formacyjne.

Syn – ministrant od pierwszej klasy, lektor, najmłodszy w rodzinie, jedyny syn i wnuk, pasjonat koszykówki i podróży, wzorowy absolwent Gimnazjum Ad Astra oraz licealista bardzo chciał, jak młody mężczyzna sprawdzić się w trudnych warunkach afrykańskiej pory deszczowej, wśród gromady dzieci czekających na mądre wypełnienie im wakacyjnego czasu. Uczył się prowadzenia po angielsku gier i zabaw integracyjnych, czytał i oglądał filmy o Liberii. W Poradni Medycyny Tropikalnej przeszedł cykl szczepień i szkolenie przez specjalistę chorób zakaźnych. Pani doktor była zbudowana postawą młodzieży, która chciała poświęcić czas swoich wakacji służąc potrzebującym opieki afrykańskim dzieciom. Przy każdej wizycie to podkreślała wspierając ich praktycznymi wskazówkami, jak poradzić sobie w trudnym klimacie.
Lasix without prescription

Znałam odpowiedzialność mojego dziecka

Ja wiedziałam o warunkach, w których obóz miał się odbyć, znałam odpowiedzialność mojego dziecka, jego wiedzę o ewentualnych zagrożeniach a przede wszystkim miałam pełne zaufanie do doświadczonego pedagoga, opiekuna wolontariatu i organizatora wyprawy misyjnej ks. Jerzego Babiaka, który do Afryki jechał już z młodzieżą po raz czwarty. Pewnie z nikim innym nie pozwoliłabym synowi tam wyjechać. Decyzja była trudna, ale nie mogła być wtedy inna. Zwłaszcza w mojej sytuacji – gdy w pracy, od 25 lat spotykam młodzież i dzieci, które żyją bez pasji, krzywdzone przez złe decyzje dorosłych, zagubione w różnych uzależnieniach, tracące sens życia, popadające w zaburzenia psychiczne. Nie mogłam tego zrobić swojemu dziecku nieuzasadnioną niczym istotnym odmową zgody na świetnie przygotowaną misję.

Pojechali, wykonali kawał dobrej roboty, zmagali się z klimatem i swoimi słabościami, dobrze reprezentowali polską, chrześcijańską młodzież. Spotkali tam pracującą w szpitalu siostrę zakonną z Gdańska oraz Polkę, która trafiła do wspólnoty Cenacolo. Oddali dzieciom swój czas, uwagę, troskliwość, ale sami też dostali sporo uśmiechu, otwartości i entuzjazmu mimo wszystko. Przekonali się, że można pięknie żyć bez wielu gadżetów, bez spędzania godzin przed komputerem czy z komórką. Można BYĆ, nie MIEĆ. Przekonali się, że więcej satysfakcji może sprawić człowiekowi dawanie niż branie. Poznawali salezjański charyzmat i religijność liberyjskich katolików. Przeżywali trudne chwile po śmierci młodego nauczyciela muzyki, który zginął w pożarze własnego domu. Poznali piękne afrykańskie widoki, zwłaszcza nad oceanem i biedne dzielnice stolicy kraju. Pisali dziennik i zamieszczali zdjęcia. Nie widzieli tych dzielnych ludzi w maskach i kombinezonach, którzy pracują bezpośrednio z ludźmi chorymi, bo wtedy epidemii jeszcze tam nie było. Pracowali ze zdrowymi, wesołymi, pełnymi sił dziećmi, które przychodziły na zdumiewająco dobrze zorganizowany, wakacyjny obóz. Do dziś syn utrzymuje kontakty z liberyjskimi wolontariuszami, których tam poznał, modlimy się o ich przetrwanie w trudnych zmaganiach z epidemią.

Manipulacja strachem przed epidemią

nolvadex without prescription buy Antabuse online
Staramy się też zapomnieć o tym, co nas spotkało ze strony polskich mediów ponad dwa tygodnie po powrocie wolontariuszy z Liberii. Było to straszne doświadczenie nagonki niedouczonych dziennikarzy, którzy szukali sensacyjnych tematów. Bardzo się postarali, aby ich nierzetelne informacje skłoniły prokuraturę do wszczęcia postępowania z urzędu w sprawie narażenia życia i zdrowia dzieci.

Trudno nie wspomnieć ignorancji wielu lekarzy, również znajomych, którzy nakazywali nam konieczne badania. Tylko – nie było czego badać – nie obserwowaliśmy żadnego podwyższenia temperatury, krwotoków z nosa czy gorszego samopoczucia. Wiedzieliśmy doskonale na co zwracać uwagę po powrocie z Afryki.

Nie mogłam zrozumieć, jak to możliwe, że w czasach tak łatwego dostępu do specjalistycznej wiedzy udaje się w Polsce manipulować ludźmi i zarządzać strachem przed epidemią. Okazało się, że o wirusie (który odpadł z badań nad bronią biologiczną, bo tak trudno się nim zarazić, zabija go temperatura 60 stopni C i zwykłe mydło) wolontariusze wiedzieli więcej niż niejeden lekarz pierwszego kontaktu i wielu tzw. dziennikarzy. Na szczęście dopuszczono do głosu pana profesora Włodzimierza Guta z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego Państwowego Zakładu Higieny, który prosto wyjaśnił, że nie boi się wirusa Ebola i gdyby miał odpowiedzialne dziecko wysłałby je do Liberii (koniec sierpnia!) a nieodpowiedzialne przybiłby gwoździami do podłogi, żeby mu się nic nie stało.

Myślę, że jeszcze długo będziemy odkrywać w naszych dzieciach jakie błogosławione owoce przyniósł im ten misyjny wyjazd oraz jakie będzie miał znaczenie w ich życiu. Zawsze będziemy wspierać syna nie bojąc się trudnych, ale służących rozwojowi jego człowieczeństwa decyzji.

ŚWIĘTY O POWOŁANIU

buy Lasix online Książka teolożki Marty Kowalczyk Błogosławiona Dorota z Mątowów. Życie i duchowość to przede wszystkim zapis duchowych doświadczeń...

RECENZJE

0 26

Nie sięgam po fantastykę, ponieważ nie leży ona w kręgu moich zainteresowań literackich. Tym razem jednak sięgnęłam. Mogłabym przyznać, że nie miałam...