Home Powołani, powołane Odkryłem pasję bycia świeckim

O tym jak znalazł swoją żonę i dlaczego nie został księdzem opowiada Tomasz Terlikowski, katolicki publicysta i redaktor, mąż i ojciec pięciorga dzieci.

 

 

Należy Pan do tego pokolenia (podobnie jak ja, bo jesteśmy akurat z tego samego rocznika), dla którego papieżem par excellence był Jan Paweł II. To była taka postać, która towarzyszyła nam właściwie od zawsze, odkąd pamiętamy. Czy rzeczywiście wywarła ona wpływ na kształtowanie się Pana wiary?

Nie ma wątpliwości, że Ojciec Święty wpłynął na każdego z nas. Pamiętam swoje pierwsze doświadczenie związane z Janem Pawłem II. To była pierwsza lub druga pielgrzymka. Biegliśmy z rodzicami, żeby machać Ojcu Świętemu kwiatami, gdy jechał przez Nowy Świat. Potem zabraliśmy kwiaty, które zostały tam rzucone, jako pamiątkę, może nawet myśleliśmy, że to relikwie (oczywiście to wtedy nie były jeszcze relikwie). Jan Paweł II był jak powietrze dla naszego pokolenia. Nie ulega wątpliwości, że na nas wpłynął, pozostaje pytanie, jak ten wpływ się kształtował. Niektóre rzeczy w nauczaniu papieża kiedyś strasznie mnie złościły, a teraz je bardzo doceniam…

 

Na przykład?

Na przykład lektura książki Miłość i odpowiedzialność doprowadzała mnie do szewskiej pasji, a teraz uważam tę książkę za bardzo głęboką. O ile nauczanie przeciwko aborcji przyjąłem od razu, o tyle cała ta głęboka teologia ciała, ostateczne odrzucenie pożądania… Nie chcę powiedzieć, że do tej pory się nie zgadzam z nauką zawartą w tym studium, ale dopiero wchodzę w nią życiem. Wtedy jako młodego chłopaka doprowadzała mnie do szału… No jak to, nawet pocałować się nie wolno? Jakiś skandal, co Ojciec Święty wypisuje? Pamiętam, że wówczas mnie to bardzo poruszało. Jak już wspomniałem, mój proboszcz, świętej pamięci ksiądz Tadeusz Uszyński, miał taki zwyczaj, że nas do niczego nie zmuszał. Mówił: „Przeczytajcie i jak się nie zgadzacie, to się nie zgadzajcie, ale najpierw zrozumcie, żebyście wiedzieli, z czym się nie zgadzacie”. To była bardzo dobra strategia, bo myśmy połykali kolejne teksty papieża. Chociaż nie zawsze wszystko dobrze rozumieliśmy, to byliśmy nimi karmieni i wywierały one na nas oczywisty wpływ. To znaczy, czytaliśmy kolejne teksty, polemizowaliśmy z nimi, braliśmy udział w pielgrzymkach, szczególnie w tych późniejszych, w latach dziewięćdziesiątych. Powiedzmy sobie szczerze, słowo »papież« oznaczało wtedy Jana Pawła II. Niby za mojego życia w Rzymie przebywał jeszcze jeden papież, Paweł VI, ale miałem wtedy tylko kilka lat. Pamiętam, że był prymas Wyszyński i papież, czyli Jan Paweł II. Początkowo wszystko wydawało się oczywiste, a potem pojawiły się jakieś pytania, czy na pewno tak, czy nie. Doszło do sporu, ale to był taki spór, jaki czasem człowiek prowadzi z ojcem, a zatem nawet jak się z nim bardzo nie zgadza, to ma poczucie, że musi się przynajmniej skonfrontować z jego poglądami. Jan Paweł II ma niezwykle głęboką antropologię i mogę powiedzieć, że konfrontacja doprowadziła do tego, że z antropologią i z nauczaniem papieża utożsamiam się całkowicie, chociaż paru działań, zachowań, gestów nie rozumiem.

 

Których?

Na przykład nie rozumiem, co miało znaczyć ucałowanie Koranu. Do tej pory tego nie wiem. To już jest pytanie czysto teologiczne: czy to był pusty gest, czy coś oznaczał? Myślę, że to wynika trochę z tego, że Ojciec Święty był człowiekiem teatru, czuł gest, tylko że gest potrzebuje wyjaśnienia. Bardzo często kardynał Ratzinger dopisywał potem wyjaśnienie, ale do tego nie dopisał, a to jest gest, który funkcjonuje w przestrzeni publicznej. My zaś nie do końca wiemy, co z nim zrobić.

 

Czy myślał Pan wtedy o tym, aby zostać księdzem?

Tak, myślałem o tym. Moja mama była jedynaczką, urodziła się po śmierci swojego ojca, który pracował w Warszawie jako kolejarz. Jej najbliższą rodziną był mój wujek z Ursusa. Miał on dwóch synów i obaj zostali księżmi. W tej chwili pełnią posługę w różnych diecezjach, ale tylko dlatego że ich diecezja się podzieliła (zamiast jednej są teraz trzy). Wstępowali jednak do tego samego warszawskiego seminarium. Oni są ode mnie starsi tak o pięć-siedem lat, więc byłem obecny na ich obłóczynach, a potem na prymicjach. Wtedy też pojawiła się pierwsza myśl na ten temat. Oprócz tego moja parafia przez dwadzieścia kilka lat nie miała żadnego powołania. W związku z tym ksiądz prałat Tadeusz Uszyński, nasz proboszcz, bardzo często pytał, pytał… Już nieżyjący ksiądz Siedlecki jeszcze bardziej to podkręcał, mówił wręcz: „Jak chcesz być dobrym katolikiem, zostań księdzem”. W pierwszej albo w drugiej klasie liceum pojawiła się u mnie taka myśl, że może warto… Nigdy nie pociągało mnie życie księdza diecezjalnego, to była zupełnie nie moja bajka. Myślałem o zakonie, ale co ja tam wiedziałem o zakonach… Wysłałem listy do dwóch czy trzech zgromadzeń. U braci albertynów byłem raz na rekolekcjach, ale jakoś zupełnie mnie to nie porwało. Z werbistami korespondowałem, ale do nich nigdy nie pojechałem. Od pierwszej-drugiej klasy chodziła mi po głowie taka myśl, żeby zostać misjonarzem, właśnie werbistą. Potem pomyślałem, że trochę szkoda, no bo mama pracowała jako nauczycielka, a ja zawsze myślałem, że też będę nauczycielem. Zacząłem więc jeździć do pijarów i tak jeździłem chyba od drugiej klasy do czwartej, regularnie, w lecie i w zimie, na rekolekcje letnie i zimowe. Wtedy »powołaniowcem« pijarskim był ojciec Tarnawski. Z nim korespondowałem i jego się pytałem o różne rzeczy. Opiekowali się nami klerycy, taka była wtedy standardowa procedura. Pewnie teraz jest tak samo. Na początku czwartej klasy byłem prawie pewien, że zostanę pijarem. Rodzicom jeszcze nie mówiłem, że chcę studiować teologię albo filozofię, ale już pojawiło się takie przekonanie, że będę pijarem. Mimo takich planów nie byłem jakoś negatywnie nastawiony do kobiet, wręcz przeciwnie: uważałem, że jakąś dziewczynę powinienem mieć, pochodzić z jakąś…

 

A do tej pory Pan nie miał?

Nie, no miałem wcześniej jakieś dziewczyny, cały czas. Ja byłem dość kochliwy. Nauczyłem się grać na gitarze, żeby je podrywać…

 

Tomasz Terlikowski podrywał dziewczyny na gitarę?

Jasne, uczyłem się grać. Zresztą pomyślałem sobie, że to się zawsze przyda, bo łatwej się podrywa dziewczyny, a ksiądz też powinien umieć grać na gitarze, zwłaszcza ksiądz oazowy (sam nigdy nie byłem w Oazie). Tak, podrywałem dziewczyny na gitarę, szalałem po całej Polsce. W tym czasie poszedłem na pierwszą pielgrzymkę pieszą. Szliśmy z Paryża do Chartres z księdzem Tadeuszem. Potem pojechałem ze znajomymi z Sodalicji Mariańskiej do Tomaszowa Lubelskiego i pielgrzymowałem z tego miasta do Częstochowy (uznałem, że wyruszenie na Jasną Górę z Warszawy jest zbyt proste). W Tomaszowie miałem dziewczynę przez parę miesięcy, dojeżdżałem tam. Zacząłem się interesować koleżanką z klasy mojej koleżanki ze wspólnoty, nawet ją zaprosiłem na studniówkę, ale tuż przed studniówką, czyli w grudniu, pojechałem, jak zresztą robiłem co jakiś czas, na Europejskie Spotkanie Młodych – do Wiednia. Wtedy powiedziałem Panu Bogu, że jeśli On będzie bardzo chciał, żebym został księdzem, to nim zostanę, ale gdyby nie chciał, to chciałbym poznać swoją żonę w czasie tego wyjazdu, aby dostać taki wyraźny znak, że to ma tak być. No i poznałem swoją żonę. Potem jeszcze raz w lecie pojechałem na rekolekcje powołaniowe, w czasie których po raz ostatni zadałem sobie pytanie, czy może mam jednak złożyć dokumenty do zakonu. Nawet usłyszałem, że to jest ostatni moment. W końcu nie złożyłem. Już wtedy byłem po egzaminach na studia, na filozofię, i spotykałem się z moją przyszłą żoną. Potem był ślub i tak dalej. W tym momencie myśli, żeby być księdzem czy zakonnikiem, w naturalny sposób się skończyły. Oczywiście pojawiały się jeszcze pomysły, aby na przykład zmienić wyznanie, ale w związku z tym, że inne wyznania mnie nie przekonywały, i uznałem, że katolicyzm jest spójny, a inne religie są niespójne, to bez sensu zmieniać wyznanie na gorsze tylko po to, żeby być żonatym księdzem. Potem zaś odkryłem pasję bycia świeckim − uznałem, że nie trzeba być księdzem, żeby być chrześcijaninem.

 

Wracając do pijarów, jesteśmy wszak wydawnictwem pijarskim, wspomniał Pan, że to szkoła okazała się tym, co przyciągało Pana do tego właśnie zakonu. Czy jakieś inne elementy duchowości pijarskiej również Pana pociągały?

Głównie szkoła. Zawsze myślałem, że będę nauczycielem, i fascynowało mnie połączenie bycia nauczycielem z byciem księdzem. Poza tym poznałem tam fajnych ludzi i sam »powołaniowiec«, ojciec Tarnawski, który jest niesamowitym człowiekiem, potrafił bardzo spokojnie mówić o różnych rzeczach. Wiele z jego słów doceniłem później. Na przykład mówił nam, że największy problem celibatu to nie brak seksu. Powiedział: „Tu jesteście w błędzie. To wcale nie jest największy problem. Większym problemem jest to, że będziecie chrzcić setki dzieci, a żadne z nich nie będzie waszym dzieckiem, i że będziecie się spotykać z tysiącami kobiet, a żadna z nich nie będzie tą waszą, tą jedyną, i że będziecie przychodzić wieczorem do domu, czasami wściekli, czasami sfrustrowani, czasami rozgoryczeni, i nie będziecie mieć z kim usiąść, żeby przy kubku gorącej herbaty porozmawiać o tym w swoim pokoju. Albo będziecie się budzić rano i obok was będzie tylko poduszka. To jest to, co wbrew pozorom jest ważniejsze niż brak seksu”. Wtedy wydawało nam się inaczej, zresztą co może być ważniejsze dla osiemnastoletniego chłopaka niż brak seksu? Po wielu latach doceniam bardzo głęboką prawdziwość jego słów i dzięki tym słowom (pamiętam je bardzo dobrze do tej pory) widzę wielkość tego wyrzeczenia. W zakonie jest ono trochę łagodzone wspólnotą. To nie jest to samo, ale jest wspólnota. Dobrze wspominam też wspólnotę kleryków. Ogólnie to było bardzo sympatyczne miejsce, ale żebym mógł powiedzieć, że zgłębiłem wtedy solidnie duchowość pijarów, to na pewno nie. Zresztą sami pijarzy byli zupełnie innym zakonem, niż są w tej chwili (mówię o polskich pijarach). Ile szkół prowadzili na początku lat dziewięćdziesiątych? Tak naprawdę działała jedna szkoła w Krakowie, poza tym oni w dużej mierze pracowali jak księża diecezjalni. Sami o tym mówili. Dopiero w późniejszym czasie powracali tak naprawdę do charyzmatu nauczycielskiego. Ten proces zresztą trwa do tej pory. O, i bardzo lubiłem Józefa Kalasancjusza, ale niewiele o nim wiedziałem, to znaczy miałem nabożeństwo, miałem obrazek, fascynowało mnie to, że się podporządkował papieżowi po rozwiązaniu zakonu, tak całkowicie, i że cierpliwie czekał. Nigdy jednak nie czytałem jego pełnej biografii… Szukałem, czy jest gdzieś po polsku, ale nie było polskiej biografii Kalasancjusza…

 

Wydaliśmy jedną swego czasu.

Tak, ale wiele lat później… Pamiętam również początek pisma „eSPe”.

 

Czytał je Pan?

Tak. Dostawałem nawet to pismo, żeby je dystrybuować, więc znajomym trochę dawałem.

 

Uczestniczył Pan w spotkaniach czytelników „eSPe”?

Nie, nie, wtedy jeszcze chodziłem do liceum, to były początki. Tak jakoś ze mną jest, że gdy podejmę jakąś decyzję, to idę do przodu i nie mam w zwyczaju się cofać. Jeżeli zdecydowałem, że będę żył w małżeństwie, to specjalnie nie było sensu cały czas wracać do pijarów. Nie lubię stać na rozdrożu. Jeśli decyzja została podjęta, to trzeba iść dalej, a nie wracać do przeszłości.

 

Modli się Pan do Pana Boga o znak i na tym spotkaniu w Wiedniu poznaje Pan swoją przyszłą żonę? Mocny znak.

Tak, ja tak uważam…

 

Oczywiście odczytany potem z perspektywy pewnego czasu.

Odczytany potem, ale muszę powiedzieć, że nie miałem wątpliwości. Gdy poznałem swoją żonę, to wiedziałem, że to jest ta.

 

Skąd?

Miałem trochę takie poczucie, że jeżeli się nie uda, to po prostu pójdę do zakonu… To wyglądało wręcz humorystycznie. Wychowawczynią mojej obecnej żony, a wtedy jeszcze dziewczyny, którą spotkałem po raz pierwszy, była liderka mojej wspólnoty, pani Regina Pruszyńska, wybitny matematyk, wspaniała kobieta, bliska współpracownica mojego proboszcza. Gdy ksiądz prałat organizował wyjazd do Wiednia, część uczestników stanowili przedstawiciele wspólnoty parafialnej, a część to były dziewczyny z klasy mojej żony, czyli klasy pani Reni. Jeszcze pamiętam, że w autokarze, żartując, pokazywałem zdjęcie zrobione w czasie rekolekcji paraignacjańskich (one nie były ignacjańskie, ale było tam trochę elementów ignacjańskich) sprzed dwóch lat. Przebrany w sutannę stałem przed namiotem. Z moją przyszłą żoną zapoznaliśmy się następnego dnia. Łaziłem z nią i z jej dwiema koleżankami, bardzo fajnymi dziewczynami. Pierwszego dnia nie byłem nimi jakoś bardzo zainteresowany, bo − jak mówiłem – miałem wtedy w Warszawie dziewczynę, a właściwie kandydatkę na dziewczynę, którą zaprosiłem na studniówkę. Następnego dnia moją żonę cały dzień strasznie bolał brzuch. Teraz już wiem, co to znaczy u kobiety, ale wtedy tego nie wiedziałem i było mi jej strasznie żal. Ona sama wspomina, że się nią troskliwie opiekowałem. Chodziłem i trudno powiedzieć, że przytulałem, bo to jeszcze nie była taka relacja, ale pomagałem jej, zostawałem z nią, jak ona nie miała siły. Taki bardzo opiekuńczy wtedy byłem. Cały czas chodziliśmy we czworo, to znaczy ja, ona i jej dwie koleżanki. Tymi koleżankami byli zainteresowani moi dwaj koledzy. Jedna z nich jest w tej chwili bardzo znaną dziennikarką telewizyjną, a druga właścicielką szkoły językowej, więc jest mniej znana, ale pozostała bardzo zacną osobą, taką jak była kiedyś. Wieczorem wróciliśmy na miejsce noclegu. Ci moi dwaj bardzo bliscy koledzy ze wspólnoty przyszli do mnie i oznajmili, że muszą ze mną porozmawiać. No dobra, chcecie rozmawiać, możemy rozmawiać. Jeden z nich trzymał w ręce wielką finkę (do tej pory pamiętam tę finkę w jakimś takim kawałku drewna). Powiedzieli do mnie: „Masz się przestać włóczyć z Magdą i Martą, bo jak nie to w michę”. Ja mówię do nich: „A z Małgosią mogę?”. „Możesz”. „No to – mówię – okej”. I zająłem się Małgosią. Kiedy wracaliśmy z Wiednia, czyli chyba drugiego stycznia, zdecydowaliśmy, że będziemy z sobą chodzić. Ale miałem tę dziewczynę, którą zaprosiłem na studniówkę. Zachowałem się potem wobec niej absolutnie paskudnie i skandalicznie. Tak nie wolno się zachowywać. Wziąłem ją mianowicie na spacer i cały czas opowiadałem jej o dziewczynie, którą poznałem podczas wyjazdu, że jest taka fantastyczna. To jednak nie zadziałało. Myślałem, że się zorientuje, ale się nie zorientowała. Na koniec mówię do niej (ona też miała na imię Małgosia, żeby było jeszcze gorzej): „Małgosiu, słuchaj, ja oczywiście z tobą pójdę na studniówkę, jak cię zaprosiłem, i to z ogromną przyjemnością, ale musisz wiedzieć, że z tego nic więcej nie będzie, ponieważ ja już mam nową dziewczynę”. To było obrzydliwe i nie wolno się tak zachowywać, ale tak się zachowałem, nie będę ściemniał. A ona mówi: „To ja z tobą nie pójdę na tę studniówkę”. Chwała Panu… Na studniówkę poszedłem już z moją obecną żoną. Tak naprawdę od początku stycznia byliśmy parą.

Rozmawiali Mariusz Czaja i Michał Wilk

 

Tekst jest fragmentem wywiadu-rzeki z Tomaszem Terlikowskim Jak się uprę, to jadę po bandzie, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2014.

ŚWIĘTY O POWOŁANIU

Książka teolożki Marty Kowalczyk Błogosławiona Dorota z Mątowów. Życie i duchowość to przede wszystkim zapis duchowych doświadczeń tej mistyczki z XIV wieku....

RECENZJE

0 43

Kiedy sięga się po książkę, której tytuł ewidentnie jest oksymoronem, właściwie nie wiadomo, czego się spodziewać. Ryczące owieczki ze zdjęciem pięknego stada owiec, kto...