Home Powołani, powołane Historia mojego powołania to historia mojej relacji z Panem Bogiem

Zanim wykonałam telefon do siostry Ewy Bartosiewicz, „znałam” ją z tekstów na deon.pl oraz z bloga, którego od kilku lat prowadzi. Siostra Ewa pracuje obecnie jako katechetka w gimnazjum w Gdyni. Uwielbia wyprawy górskie i paralotnie. Przełomowym wydarzeniem w jej życiu był wyjazd do Afryki. To tam rozpoznała swoją drogę. Na rozmowę umówiłyśmy się w domu Sióstr Sacré Coeur w Markach pod Warszawą. Miałyśmy cały dzień, mimo że następnego dnia siostra wylatywała do Włoch na Kapitułę swojego Zgromadzenia, gdzie miała zajmować się oprawą medialną. Zostałam podjęta z otwartością, życzliwością i entuzjazmem. Na koniec siostra Ewa oprowadziła mnie po domu, który daleko odbiega od obiegowych wyobrażeń klasztoru. Najbardziej zapadła mi w pamięć ikona umieszczona w centralnym miejscu kaplicy napisana przez byłą siostrę Sacré Coeur. Znamienne wydało mi się, że ten fakt nie przeszkadza nikomu w codziennym gromadzeniu się w tym miejscu na modlitwę.

Zacznijmy od cytatu z artykułu Siostry: „Historia mojego powołania jest opowieścią o bardzo intymnym spotkaniu z Bogiem, którego zaproszenie do życia zakonnego przyjęłam. Kiedy się dostaje taką propozycję od kogoś kogo się kocha, to chce się zrobić dla Niego wszystko. Odpowiedź na takie wezwanie nie jest jednak łatwa, kiedy w głowie ma się całe mnóstwo stereotypów”. Jak to było z tym zaproszeniem? 

Zastanawiam się, jak daleko wstecz powinnam sięgnąć… Historia mojego powołania to historia mojej relacji z Panem Bogiem. Więc może od początku, ale w dużym skrócie: wychowałam się w rodzinie wierzącej. Moi rodzice co niedzielę byli z nami w kościele, ale Pan Bóg nie był jakoś szczególnie obecny w naszym życiu. Trochę się modliliśmy, ale bez przesady… Później w okresie nastoletnim Pan Bóg zaczął odgrywać jeszcze mniejszą rolę w moim życiu. Mój obraz Boga ograniczał się do tego, że On jest wszechmogący, w związku z czym wszystko może. Lepiej więc być z Nim w dobrych układach, żeby mi  w życiu za dużo nie popsuł. Wiedziałam, że muszę chodzić co niedzielę do kościoła, żeby Mu taką ofiarę złożyć i żeby Go zadowolić. Później byłam w bardzo poważnym związku, zaręczyłam się. Ostatecznie rozstałam się z narzeczonym, a właściwie on się ze mną rozstał i wtedy zupełnie zawalił mi się świat. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Nagle miałam przed sobą czarną dziurę. Wcześniej wszystko wydawało mi się poukładane, wszystko  było jasne, a tu nagle nie wiadomo co robić. Później związałam się jeszcze z kimś, kto trochę bardziej mi Pana Boga pokazał. Kto pokazał mi na przykład, że można w tygodniu iść na Mszę. Dotąd nawet nie myślałam, by pójść na Mszę w tygodniu, przecież tylko stare babcie tak robią… (śmiech)

Niestety zdarza się, że czasem nawet sami księża tak mówią.

Powoli zaczęłam odkrywać Pana Boga, z którym można żyć i który mnie jest bliski. Z kolejnym chłopakiem też się później rozstaliśmy, ale to drugie rozstanie znacznie lepiej przeżyłam. Wtedy też zaczęłam tym Panem Bogiem jakoś poważniej się interesować. Zupełnym przypadkiem któregoś razu trafiłam na Mszę akademicką w duszpasterstwie jezuitów. Wtedy pracowałam i studiowałam jednocześnie, ale nie miałam żadnej wizji przyszłości. Z czasem pojechałam na rekolekcje ignacjańskie i zaczęłam  poznawać Pana Boga, z którym można mieć relację. Dopiero wtedy na studiach w wieku 24 lat zdałam sobie z tego sprawę.

Co to znaczy, że z Bogiem można mieć relację?

To znaczy, że z Bogiem można rozmawiać. Że to jest Osoba, a nie jakaś abstrakcyjna siła, która może oddziaływać na moje życie, ale ja nie mam na to wpływu. Zrozumiałam, że choć On bezpośrednio zwykle do nas nie mówi, to można Go usłyszeć: przez Słowo Boże, przez ludzi, przez myśli. Na moich pierwszych wyjazdowych rekolekcjach w milczeniu miałam poczucie, że słyszę Pana Boga. Wcześniej to mi się wydawało kompletną abstrakcją, a tu nagle nastąpiło kopernikańskie odkrycie. Ta cała moja wcześniejsza wiara okazała się zbiorem pobożności. Dopiero później zaczęłam sobie przypominać, że jako mała dziewczynka miałam momenty takiego mistycznego spotkania z Bogiem i wtedy uświadomiłam sobie, że ta historia zaczęła się dużo wcześniej. Przypomina mi się lekcja religii, na której omawialiśmy stygmaty ojca Pio, a ja sobie myślałam: „Panie Boże, dla Ciebie to ja mogłabym stygmaty mieć”. Miałam wtedy pewnie z dziesięć lat, na pewno byłam po Komunii, ale szybko mi to minęło. Bierzmowania zupełnie nie przeżyłam. Dopiero na studiach zaczęłam tej mojej drogi szukać. Wtedy też pojawiła się we mnie otwartość na różne powołania, ale cały czas myślałam o małżeństwie. W międzyczasie pojawił się wyjazd do Afryki. To był 2009 rok i pojechaliśmy tam na miesiąc z duszpasterstwem w ramach programu Magis. Wtedy zakochałam się w Afryce. Poczułam, że chcę tam wrócić na dłużej. Przez dwa lata planowałam wyjazd i w końcu doszedł do skutku. Tak naprawdę to w Afryce moje powołanie się zaczęło.

Gdzie Siostra była i czym się zajmowała?

Byłam w Kenii przez 11 miesięcy. Pracowałam w różnych miejscach. Współpracowałam z organizacją św. Marcina. Uczyłam informatyki w szkole jezuickiej w Nairobi. Zajmowałam się absolwentami. Miałam okazję chodzić do slumsów i odwiedzać różne organizacje międzynarodowe. Poznałam też północ Kenii, która zupełnie różni się od reszty kraju, toczą się tam wojny plemienne. W miarę możliwości pomagałam tam w zakładaniu szkół.

Jak w tym wszystkim rozpoznała Siostra swoją dalszą drogę?

Robiłam tam sobie często dni skupienia w milczeniu i podsumowywałam różne etapy mojego wyjazdu, bo był bardzo intensywny. Pewnego razu na modlitwie pojawiło mi się pytanie, czego mi brakuje do szczęścia. Uświadomiłam sobie, że najbardziej brakuje mi jakiegoś towarzysza. Usłyszałam wtedy jasną odpowiedź Jezusa, że On będzie moim towarzyszem. Dla mnie z tego jednego zdania wynikało, że mam iść do zakonu. To się z zewnątrz może wydawać absurdalne, ale na tyle byłam wówczas otwarta na pewne rzeczy, że to zdanie wystarczyło. Nie znałam w zasadzie żadnych zakonnic. Mój przyjaciel jezuita powiedział mi, żebym spróbowała skontaktować się z siostrami Sacré Coeur.

Dlaczego właśnie z nimi?

Bo żyją duchowością ignacjańską i są normalne (śmiech). To zdanie gdzieś mi bardzo towarzyszy.

Co to znaczy, że są normalne? 

Normalne, czyli takie, z którymi można porozmawiać na każdy temat, o życiu, z którymi można pójść do kina i się pośmiać. Często osoby, które odwiedzają nasze wspólnoty, mówią, że czują się u nas jak w domu, że nie jest „klasztornie”. Chociażby to, że większość sióstr zwraca się do siebie po imieniu, ma ogromne znaczenie. Jest po prostu jak w rodzinie.

Może od razu podeprę się kolejnym cytatem z tekstu Siostry: „Moja wizja życia w zakonie kojarzyła się z jakimś poświęceniem. Może dlatego, że zakonnice, które wcześniej znałam, były raczej zgorzkniałe. Myślałam, że wraz z przekroczeniem progu klasztoru, będę musiała wyzbyć się większości przyjemności i radości”. I co okazało się, że nie trzeba? 

Teraz sobie uświadamiam, że pisząc ten tekst, nadużyłam słowa „znałam”. Raczej widziałam na ulicy, w kościele, w telewizji. To wszystko były obrazy zupełnie niesprawdzone. Wydawało mi się, że do zakonu idzie się po to, żeby się poświęcić. Że ten Pan Bóg tak trafia kogoś, mówi: ty masz powołanie, musisz iść, będziesz ofiarą (śmiech). Ten obraz zupełnie się nie sprawdził, kiedy myślę o moim Zgromadzeniu. Jasne, że można spotkać siostry bardziej zgorzkniałe. Ale na takiej samej zasadzie zdarzają się zgorzkniałe żony, które mają już dość swoich mężów. To wszystko zależy od tego, jak to przeżywamy. Mnie się wydawało wcześniej, że to struktury nas tłamszą i że się nie da inaczej. Wszystko zależy od człowieka i jest bardzo indywidualne. Ktoś może w jednych okolicznościach w pełni się realizować, a w tym samym momencie i w identycznej sytuacji ktoś inny może być głęboko niespełniony. Jeśli pielęgnujemy relację z Jezusem i czerpiemy z Jego Miłości, to nie ma mowy o byciu nieszczęśliwym.

Zatrzymajmy się jeszcze na moment przy Afryce. To tam zadecydowała Siostra, że wstępuje do zakonu. Wróciła Siostra do Polski i od razu przystąpiła do działania? 

W zasadzie tak. To był mój szalony sposób działania. Uznałam, że jeżeli Jezus chce, to od razu trzeba iść. Dostałam wtedy kontakt mailowy do jednej z sióstr. Zaczęłyśmy pisać, rozmawiać na skype, trochę ją podpytywałam o to, jak to wszystko wygląda. Najpierw był pomysł, żebym dołączyła do grupy, która spotyka się przez rok i rozeznaje decyzję. Ja wiedziałam jednak, że chcę wstąpić od razu. Z zawodu jestem informatykiem. Pracowałam wcześniej w banku. Żeby wyjechać do Afryki, musiałam się zwolnić z pracy, bo nie otrzymałam urlopu rocznego. Moja szefowa mnie lubiła i nawet wszystko przygotowała na mój powrót, ale stwierdziłam, że nie wracam do starej pracy, tylko wstępuję do Zgromadzenia. W praktyce wyglądało to tak, że wylądowałam wieczorem w Warszawie, a następnego dnia rano miałam spotkanie z siostrą prowincjalną. To była pierwsza siostra Sacré Coeur, którą zobaczyłam, już w zasadzie wstępując. Usłyszałam wtedy: nie mamy w zwyczaju przyjmować osób, których nie znamy, ale…

Czyli wystarczyła jedna rozmowa?

Można tak powiedzieć. Wcześniej oczywiście był ten kontakt mailowy, no i jezuici mnie znali. Rzadko jednak sprawy toczą się tak szybko. Zwykle osoby potrzebują więcej czasu na oswojenie się z myślą o życiu zakonnym.

Jak wyglądają warunki formalne, żeby przyjść do sióstr?

Przede wszystkim trzeba umówić się na rozmowę z siostrą prowincjalną. Później oczywiście trzeba przynieść rozmaite dokumenty, ale najważniejsze jest, żeby wiedzieć po co się wybiera takie życie. Jeśli naprawdę ma się powołanie, to formalności są drugorzędne. Nie mamy np. określonego wieku od którego już nie można zostać przyjętym, ani określonego wykształcenia, z którym trzeba przyjść.

W tym roku, kiedy siostra wstępowała, była Siostra sama na roku, czy były też inne kandydatki w formacji?

Było nas w sumie pięć na moim roku, z czego do nowicjatu ostałyśmy się dwie. U nas to wygląda tak, że kandydatki są rozrzucone po różnych wspólnotach. Jest to rozwiązanie dosyć innowacyjne. Nie zawsze tak było, ale od kilku lat tak to funkcjonuje. W większości zgromadzeń kandydatura (nazywana często postulatem) to w rzeczywistości taki prenowicjat. Życie już trochę wygląda jak w nowicjacie, ale to nie jest jeszcze ten formalny, kanoniczny nowicjat, którego zasady wyznaczone są przez Kodeks Prawa Kanonicznego. Natomiast u nas jest zupełnie inaczej. Kandydatura jest po to, żeby zobaczyć, jak będzie wyglądało życie już po ślubach. Żyjemy we wspólnocie, jesteśmy jej częścią i gdzieś pracujemy. Staramy się o to, żeby osoby, które mają pracę, mogły ją zachować. Więc jeśli jest wspólnota w tym mieście, gdzie ta osoba mieszkała i ma pracę, to dołącza do tej wspólnoty i kontynuuje swoją pracę.

A co Siostra robiła w tym czasie?

Wróciłam świeżo z Afryki i nie miałam pracy, więc zostałam posłana do Pobiedzisk, gdzie mamy dom rekolekcyjny. Wcześniej towarzyszyłam już trochę w rekolekcjach, miałam do tego przygotowanie, więc mogłam w ten sposób pracować. Gdybym miała pracę, tak jak wcześniej w banku w Warszawie, to pewnie tam zostałabym posłana na czas kandydatury. Takie rozwiązanie  daje możliwość zobaczenia, jak będzie potem. Bo nowicjat, który następuje po kandydaturze, jest zupełnie innym czasem. Trochę trudno mieć wyobrażenie, jak wygląda życie zakonne tylko na podstawie nowicjatu, szczególnie jeśli tych nowicjuszek jest więcej i są trochę odizolowane od normalnego życia.

Trochę pod kloszem?

Coś w tym rodzaju. Później się okazuje, że to życie jest zupełnie inne, bo się pracuje, są różne inne nasze zaangażowania i czas na modlitwę trzeba sobie wygospodarować, określając priorytety w tym nowym rodzaju życia.

Pierwsze wrażenia Siostry po wstąpieniu… Coś okazało się szokujące, zaskakujące, szczególnie trudne?

Nie przypominam sobie, żeby coś mnie negatywnie zaskoczyło i żeby zrodziła się myśl: Jak ja będę z tym żyć? Raczej pozytywne rzeczy mnie zaskakiwały, w stylu: Dobrze, że te siostry są takie normalne. Naprawdę nie pamiętam jakiegoś negatywnego zaskoczenia, może oprócz tego, że w Pobiedziskach było wiele fizycznej pracy, do której wcześniej nie byłam przyzwyczajona: wielki dom, sprzątanie, odśnieżanie.

W kandydaturze zaczęła Siostra pisać blog. Skąd taka potrzeba? Jak na zakonnicę w Polsce jest to ciągle mocno niestandardowa forma ekspresji. 

Też mi się tak wydaje. Blog prowadzę od dawna, od 2007 roku. Wcześniej było to pisanie bardziej dla moich znajomych. Intensywnie zaczęłam pisać dopiero z Afryki. To wszystko ciągle można znaleźć na moim blogu i są to ciekawe rzeczy, do których czasem sama wracam. To był dla mnie bardzo dynamiczny okres. Celowo pisałam też dla osób, które wspierały mnie podczas tego pobytu i które ten wyjazd sfinansowały, by mogły tę podróż przebyć razem ze mną. W kandydaturze natomiast zaczęłam pisać o tym, jak wyglądają początki życia zakonnego.

Czy musiała Siostra na to uzyskać zgodę przełożonej?

Tak, nawet nie tylko przełożonej, ale całej wspólnoty, bo pisałam publicznie o tym co się u nas działo.

Przełożone nie cenzurowały wpisów Siostry?

Nie, nikt mnie nie cenzurował. Czasem siostry czytały moje wpisy, czasem nie, ale dały mi tę przestrzeń wolności. Pisałam o tym co mnie zaskakiwało na początku życia zakonnego. Na czas nowicjatu zawiesiłam na dwa lata moje pisanie. Nowicjat jest czasem przeznaczonym na naszą formację duchową, poznawanie Zgromadzenia, jego duchowości, na zacieśnianie relacji z Jezusem i na rozeznawanie, czy to jest moja droga. To czas na schodzenie głębiej w swoje serce i swoje pragnienia, a nie czas na dzielenie się tym ze światem, dlatego przestałam pisać blog. Pod koniec nowicjatu powinnam mieć odpowiedź, czy składam śluby, czy to jednak nie jest to. Całe dwa lata są procesem rozeznawania. W związku z tym ten tryb życia jest inny. Już nie pracujemy, mamy zaangażowania na drugim roku (np. apostolstwo wśród ubogich lub w edukacji). W Polsce studiujemy w tym czasie teologię. Kanoniczny nowicjat polega na tym, że przez rok żyje się we wspólnocie nowicjatu z możliwością wyjazdu tylko z ważnych powodów do 15 dni.

Kolejny cytat z artykułu Siostry: „To co budziło moje zniechęcenie do życia zakonnego, to wizja mieszkania z samymi babami. Ja zawsze lubiłam męskie towarzystwo, miałam wielu przyjaciół mężczyzn i nie wyobrażałam sobie, jak można funkcjonować na co dzień, obracając się tylko wśród kobiet”. Jak to jest z tym mieszkaniem z samymi babami? Czy był jakiś moment zakleszczenia?

Z perspektywy kilku lat wydaje mi się, że tym wspólnotom żeńskim musi towarzyszyć jakaś szczególna łaska, bo mnie takie funkcjonowanie wydawało się wcześniej niemożliwe. Byłam przekonana, że w żeńskich środowiskach są nieustanne napięcia, ale jak dotąd w żadnej z moich trzech wspólnot tego nie doświadczyłam. Doświadczyłam natomiast niesamowitej radości bycia razem właśnie w żeńskim towarzystwie. Gdzieś chyba istotne jest to, że mamy wspólny cel, że jesteśmy zgromadzone w imię Jezusa i nawet jeśli tego nie mówimy wprost, to gdzieś to jest. Codziennie spotykamy się na modlitwie wspólnotowej, raz w tygodniu dzielimy się naszym przeżywaniem wiary, rozumieniem Ewangelii, to nas jednoczy z Bogiem, który jest najważniejszy, ale też pozwala się poznać na głębszym poziomie. To musi chyba być to, bo charaktery mamy kompletnie różne, a jednak mimo wszystko jakoś potrafimy się dogadać. Chyba wszystkie staramy się przekraczać swoje słabości i żyć jak siostry.

W tym samym tekście napisała Siostra także: „Najtrudniej było mi pokonać w sobie przekonanie, że do zakonu idą kobiety, które nie potrafiły ułożyć sobie życia. Sama byłam po kilku nieudanych związkach i wyobrażałam sobie, że jeśli zostanę zakonnicą, to będzie znaczyło, że nie nadaję się na żonę i po prostu nikt mnie nie chciał”. Jak to było z tą chęcią, by zostać żoną i matką? Czy ona w momencie wstępowania do zakonu jest jakoś anulowana?

No właśnie, dla mnie to było dokopywanie się do głębszych warstw mojego serca. Na początku w ogóle nie brałam pod uwagę życia zakonnego, więc małżeństwo wydawało mi się naturalną opcją. Nigdy jakoś na poważnie nie rozeznawałam, czy ono aby na pewno jest moją drogą. Teraz w zaskakujący sposób ciągle odkrywam duchowe macierzyństwo, które sprawia, że wcale nie tęsknię za swoją rodziną. Przede wszystkim jednak wyraźniej widzę, że wówczas byłam niedojrzała do małżeństwa. Teraz wydaje mi się, że gdyby do tego ślubu doszło, pewnie byłabym nieszczęśliwa. Nie byłam na to gotowa. Dodatkowo osoba, z którą byłam wówczas związana, była niewierząca, co dzisiaj wydaje mi się ogromną trudnością w związku. (…)

A czy spotkała się Siostra z opiniami osób z zewnątrz w stylu: poszła do zakonu, bo nikt jej nie chciał albo sobie życia nie mogła ułożyć?

Osobiście nigdy nikt mi czegoś takiego nie powiedział. Zresztą reakcja moich znajomych była na zasadzie: A rzeczywiście, było widać (śmiech). Od wielu osób usłyszałam raczej, że podziwiają mnie za taką decyzję. Nigdy nie spotkałam się z reakcją, żeby ktoś powiedział mi, że sobie życia nie poukładałam. Znam jednak siostry, które z takimi opiniami się spotkały.

Jakie były reakcje w najbliżej rodzinie? Czy pojawiały się próby odwodzenia Siostry od podjętej decyzji?

Moi rodzice są bardzo wspierający i dawali mi w życiu dużo wolności. Zaakceptowali wcześniej mój rok w Afryce, a później chyba na podobnej zasadzie przyjęli moją decyzję o życiu zakonnym. Nie było to dla nich łatwe. Myślę, że na początku nie rozumieli tej decyzji. Dopiero z czasem, kiedy zobaczyli, że jestem tu szczęśliwa, jakoś się z tym pogodzili. Teraz jest już zupełnie inaczej, a wszystkie siostry stały się dla nich jak rodzina. (…)

Czy po powrocie z Afryki i nagłej konfrontacji z zakonną rzeczywistością przyszło jakieś rozczarowanie? 

Największy szok kulturowy przeżyłam po miesiącu, kiedy po raz pierwszy wróciłam z Afryki w 2009. Rzeczywiście wtedy przez pół roku nie byłam w stanie kupić sobie nic droższego. Ciągle myślałam: przecież oni tam w takiej biedzie żyją. Po moim rocznym wyjeździe miałam już wiedzę i inną perspektywę. Dziś myślę, że są to dwa kompletnie nieprzystające do siebie światy, których nie powinno się porównywać. Ubóstwo nie polega na tym, żeby nagle wszystkiego się wyzbyć. Mamy żyć tak jak, żyją ludzie wokół nas, taki jest duch naszego Zgromadzenia. Nie chodzi o to, żeby nic nie posiadać i z niczego nie korzystać, choć wiem, że są zgromadzenia, które tak do tego podchodzą.

Z czego jednak należy na pewno zrezygnować, decydując się na życie zakonne?

Myślę, że przede wszystkim z luksusów. Choćby z diamentowej biżuterii, która jest po nic. Mamy korzystać z tego, co jest nam potrzebne. Św. Ignacy mówił, że wszystkie rzeczy stworzone są po to, by prowadzić nas do naszego życiowego celu. Powinnyśmy więc korzystać z tego, co jest dostępne, by w ten sposób służyć ludziom, do których jesteśmy posłane Ja mam na przykład aparat, który jest trochę wart, ale jest mi on potrzebny do pracy. Nie traktuję go jako luksusowej zachcianki, ale jako coś, dzięki czemu moja praca jest profesjonalna.

Czemu ten ślub ubóstwa ma służyć w ocenie Siostry?

Wszystkie śluby mają kilka aspektów. Pierwszym jest to, że chcemy naśladować Jezusa, który był ubogi. Nie do końca wiemy, dlaczego, bo przecież mógł się urodzić jako król w pałacu. Urodził się jednak w betlejemskiej stajni i w związku z tym ubogich wybrał i wielokrotnie pokazywał, że to oni są ważni. My też chcemy tych ubogich wybierać i chcemy żyć między nimi. Po Soborze wiele naszych sióstr zaczęło żyć w slumsach z najuboższymi, żeby być blisko nich. Drugą istotną kwestią jest fakt, że nic nie posiadamy na własność. Wszystko, co mamy, jest wspólne. Korzystam z tego, ale nic nie jest moje. Jestem wolna, żeby to wszystko oddać. I chyba to jest istotne: nieprzywiązywanie się do rzeczy. Bo można mieć jeden kubek i być do niego przywiązanym, a można mieć mnóstwo rzeczy i być od nich wolnym. Być gotowym w każdym momencie je oddać. (…)

Rozmawiała Ewelina TondysHabit zamiast szminki_okładka1

Tekst jest fragmentem wywiadu Eweliny Tondys z s. Ewą Bartosiewicz i pochodzi z książki „Habit zamiast szminki, czyli zakonnice zabierają głos” wydanej przez Wydawnictwo Dolnośląskie.

Dodaj komentarz

ŚWIĘTY O POWOŁANIU

Sprawdzony przepis na niebo? Oddać całe życie na ziemi drugiemu człowiekowi. Szczególnie takiemu, który sam już nie może się o siebie zatroszczyć.

RECENZJE

0 239

Kiedy przyglądamy się biblijnym patriarchom, dochodzimy do wniosku, że każdy z nich jest na swój sposób intrygującą postacią. Izaak, którego wywiodła w...