Home Być kobietą, być mężczyzną Abonament na czas określony, czyli dlaczego nie warto mieszkać pod jednym dachem...

Dawniej mieszkanie razem przed ślubem wywoływało zgorszenie – rodziców, konserwatywnych dziadków, sąsiadów. Teraz prawie nikogo nie oburza, wręcz przeciwnie – większe zdziwienie budzi fakt niemieszkania razem przed związkiem małżeńskim. Nieustannie więc słyszymy „życiową mądrość”: „Trzeba się przecież sprawdzić”. Tej dywizie towarzyszy coraz silniejsze atakowanie Kościoła, który sprzeciwia się takim praktykom, zatem jest uznawany za staroświecki i wścibski. W XXI wieku wszystko powinno iść przecież z duchem czasu, a światem musi rządzić hedonizm! Nie powołując się zatem na wiarę, postanowiłem przedstawić świeckie argumenty, ukazujące cienie mieszkania razem przed ślubem. Nie opieram się tutaj o książkową wiedzę, ale liczne przykłady ludzi, z którymi miałem lub nadal mam kontakt.

Dajesz szybko cały pakiet = nie jesteś wyzwaniem

Ona – piękna, wykształcona, ambitna, wrażliwa, z marzeniami o kochającej się rodzinie – poznaje wymarzonego mężczyznę. Widują się niemal codziennie po kilka godzin, codziennie rozmawiają przez telefon i wysyłają sobie dziesiątki wiadomości. Jest szczęśliwa, bo nareszcie kocha z wzajemnością. Przed snem marzy o ślubie, wspólnym domu i gromadce dzieci. Po kilku miesiącach spotykania się, dostaje propozycję wspólnego zamieszkania. Zgadza się, ponieważ jest przekonana, że to umocni ich miłość i będzie tylko KRÓTKIM ETAPEM przed wymarzonym ślubem. Po 3 latach wspólnego życia pod jednym dachem, już nie są razem. Później okazuje się, że on poznał inną i po roku spotykania się – zdecydował się na ślub i to bez wcześniejszego pomieszkiwania. Dodatkowo jego wybranka jest grubsza, nie ma stałej pracy i wykształcenia. Jej były partner, uzasadniając rozstanie powiedział, że nie było między nimi tego „czegoś” i były sytuacje konfliktowe. Kto tutaj się pomylił?

Uważam, że ludzie zwłaszcza na początku związku przesadnie (wręcz sztucznie!) starają się – ich życie przypomina teatr. Z kolei moje obserwacje bardziej potwierdzają regułę, że natężenie starań powinno postępować wraz ze stażem związku, nie odwrotnie. Mądra miłość karmi się małymi łyżkami, ale przez całe życie. Tymczasem częste spotykanie się na początku związku, nieustanny kontakt telefoniczny i wspólne mieszkanie powodują rutynę, zabijają tajemniczość, odbierają własną przestrzeń, ograniczają pasję i dają poczucie braku wolności (swobody, głębokiego oddechu). Wówczas w relacji kobiety i mężczyzny nie ma już tak dużej tajemniczości, zaskoczenia, marzycielskiego rozmyślania, tęsknoty. W ich miejsce już na początku związku wkrada się nuda i brak docenienia (zwłaszcza ze strony mężczyzn). Mam wrażenie, ze faceci nie doceniają tego, co dostają za szybko i za darmo (bez wysiłku). Czasami mężczyznom trudno być z kimś w późniejszym etapie związku, jeżeli WSZYSTKO tak łatwo dostali i zrealizowali swoje cele. Trudno im żyć z przeświadczeniem o braku wyzwań oraz z przekonaniem (nawet jeśli jest ono mylne), że chyba dostali już wszystko od tej kobiety i nic więcej już ich nie zaskoczy. Jeżeli to wszystko mężczyzna dostanie w wieku 20-26 lat, to bardzo często zaczyna szukać nowych wrażeń i wyzwań w życiu. Zaczyna się dusić pod jednym dachem ze swoją dziewczyną, ponieważ powoli dochodzi do niego fakt, że to nie zabawa i być może przyszedł czas na deklarację. Niestety w większości przypadków w danym momencie nie są gotowi na więcej – zaręczyny, ślub, rodzina, dzieci. W tym przypadku nie pomogą błagania, powoływanie się na poczucie obowiązku, presja rodziny. Dla nich konsekwencją mieszkania ze sobą nie musi być ślub.

Kłótnie = nie ma sensu być razem

Z moich obserwacji wynika, że osoby mieszkające ze sobą przed ślubem w celu sprawdzenia się, inaczej podchodzą do kłótni niż małżeństwa czy osoby funkcjonujące w długoletnim konkubinacie. W tym drugim przypadku, ludzie raczej starają się wspólnie rozwiązać problemy i rzadziej myślą o rozstaniu. W przypadku „testowego mieszkania” szybciej mówimy „STOP! To nie ma sensu! To już koniec”. Wielu moich znajomych w sytuacji mnożenia się konfliktów z łatwością nacisnęło escape, oddychając z ulgą, że nie mają ślubu, bo wtedy byłoby trudniej. Na szczęście nie obiecali „dozgonności małżeństwa”, nie zadeklarowali „życia ze sobą aż do śmierci”, dlatego mogą nie walczyć o miłość i łatwo się wycofać. W takich układach bardzo często ludzie myślą, że kłótnie upoważniają ich do szukania szczęścia gdzie indziej, m.in. w nocnych imprezach, nie wracaniu do wspólnego mieszkania na noc, w flirtach w realu i wirtualnej rzeczywistości itp. Od rodziców się wyprowadzili, ślubu nie wzięli, więc nie muszą się nikomu tłumaczyć i za nikogo być odpowiedzialnym. Na pewno też rzadziej pójdą na terapię psychologiczną w celu ratowania związku. Jeżeli zatem może się zdarzyć tak, że nawet drobna kłótnia może być początkiem pożegnania, może lepiej aż tak nie balansować na krawędzi.

Brak pieniędzy, nierówny podział zobowiązań finansowych = jestem wykorzystywany/a

On – poszczęściło mu się w życiu i wiele zarabia. W kwestiach finansowych nie traktuje ją jako żonę, dlatego dla własnego komfortu psychicznego (nie chce czuć się wykorzystany) dzielą się na pół wydatkami. Chciałby jednak, aby w domu wypełniała konserwatywne obowiązki żony – gotowała, sprzątała, prasowała, robiła zakupy. Za pozostałe pieniądze lubi realizować swoje pasje i odkładać na przyszłość (nie jest pewien, czy będzie ją dzielił z aktualną partnerką). Tylko sporadycznie zaprasza swoją dziewczynę do restauracji lub robi jej prezenty. W domu lubi dobrze i dużo zjeść, gustuje w produktach z wyższej półki. Nie rozumie, dlaczego taki układ nie odpowiada jego dziewczynie.

Ona – zarabia najniższą krajową. Wynajmowane mieszkanie i jedzenie trochę kosztują, dlatego jej już nie wystarcza prawie na nic. Uważa, że lista zakupów jest przesadzona – w domu gotowano oszczędniej, a sama raczej zadowoliłaby się sałatką. Własna duma nawet w sytuacji kryzysu nie pozwoliłaby jej prosić go o pieniądze. Gdy nagminnie prosi o nie rodziców – denerwują się i nie rozumieją tej ich zabawy w dom. Nie czuje się komfortowo z tym, ze wypełnia wszystkie obowiązki domowe. Uważa, że w tym wypadku jej chłopak powinien częściej płacić za zakupy lub kupić jej coś drobnego. Dlaczego nie potrafią się porozumieć w kwestii finansów i czują się poszkodowani?

Zgadzam się z tym, że małżeństwa bardzo często kłócą się o sprawy finansowe. Wynika to z naszych potrzeb – każdy lubi uczucie stabilizacji i pragnie realizować swoje/wspólne cele. Zresztą zdarzają się sytuacje trudne (np. bezrobocie, nieprzewidziane wydatki), które dostarczają im stresu. W większości jednak przypadków, po czasie burzy, przychodzi słońce i postanawiają walczyć wspólnie z problemem finansowym – motywują się, biorą dodatkowe zlecenia, tną wydatki. Wiele razy już widziałem, jak z pozoru niezgodne małżeństwa, w sytuacji kryzysu potrafiły się dzielić najmniejszą rzeczą, wyrzekać się czegoś w imię dobra żony czy męża. Niestety takiego zjawiska nie zaobserwowałem u większości znajomych par pomieszkujących razem. W tym wypadku łatwiej o egoizm – zabieranie wszystkiego, co najlepsze, dla siebie.

Tym samym młodzi ludzie bawią się we wspólny dom, ale pieniądze nie są już wspólne. Czasami ich mieszkanie razem przypomina księgę rozchodów i przychodów. Osobiście uważam, że każdy młody człowiek przed ślubem powinien mieć swoje pieniądze i pewną swobodę w decydowaniu o wydatkach. Jeżeli jednak decyduje się na wspólne mieszkanie, to słowo WSPÓLNE do czegoś zobowiązuje, nie tylko do podziału wydatków na pół. Jeżeli któraś ze stron więcej zarabia, to nic się nie stanie, jeżeli sprawi czasami ukochanej/ukochanemu mały drobiazg lub zrobi kilka razy nadprogramowe zakupy. Jeżeli druga połówka jest chwilowo bezrobotna, nie musi jej partner/partnerka tego wypominać, tylko powinien podać jej pomocną dłoń, zapewnić stabilizację i motywować ją. Dlaczego? Mieć z kimś WSPÓLNY dom to znaczy chcieć jego dobra, kształtować u siebie zdolność empatii i dzielenia się. Partner/partnerka to nie pracownik, gdzie efekty pracy powinny być (chociaż czasami nie są) adekwatne do wynagrodzenia. Jeżeli zaś nie potrafi się szczerze rozmawiać o finansach i swoich odczuciach, to chyba nie ma sensu ze sobą mieszkać.

Sprawdzanie się = stres przed oceną

Mieszkanie ze sobą bez zobowiązań może przypominać szkołę – nagminnie wystawia się oceny, nie uwzględniając zaangażowania i intencji danej osoby. Żyjemy zatem w ciągłym stresie, pod ciągłą obserwacja, bez dopuszczalnej akceptacji (jeśli istniałaby ona, to po co się sprawdzać). Obserwuje nas nie tylko partner, ale i jego rodzina, Twoja rodzina, znajomi, sąsiedzi itd. Wymagania szybko rosną i atakują nas z każdej strony! Częściej niż wcześniej wytykane są nasze błędy! Z czasem pojawiają się zaś pytania: Co się stanie, jeśli pokażę swoją słabość? Czy on/ona ze mną zostanie, jeżeli nie sprostam wymaganiom? Czy jestem wystarczająco atrakcyjna/atrakcyjny? Co będzie, jeżeli stracę pracę? Czy jego/jej rodzice uważają, że jestem dobrą partią? Czy gotuję tak samo dobrze, jak jego mama? W konsekwencji zaklina się rzeczywistość, aby gorszy czas nigdy nie nadszedł, bo przecież druga strona wcale nie obiecywała mi pełnej akceptacji, wspólnej walki z wadami, wspólnego samodoskonalenia się. W takim układach bardzo często „nie jesteś idealny/a” znaczy „wylatujesz”. Jeśli jednak dostaniesz kolejną szansę, to na jak długo starczy Ci sił na pisanie sprawdzianów w ciągłej niepewności bez wyraźnego terminu? Myślę, że żony i mężowie mają tyle samo potknięć, co kobiety i mężczyźni mieszkający przed ślubem. W pierwszym jednak przypadku, częściej się im to wybacza lub (jeśli można) przymyka na to oko.

Wspólne dziecko = nie jestem gotowy

Ona – wiedziała, że na razie nie planują dziecka, dlatego regularnie brała tabletki antykoncepcyjne. Kiedy okazało się, że jest w ciąży, lekko zasugerował jej pozbycie się „problemu”, tłumacząc to ich młodością oraz studiami. Została porzucona w piątym miesiącu ciąży, ponieważ jego zdaniem narodziny dziecka nie były ich wspólną decyzją, a on nie jest na to gotowy. Gdyby nie wsparcie rodziców, nie mogłaby kontynuować studiów. Jej były już chłopak raz w miesiącu interesuje się jej stanem zdrowia, nie partycypuje w kosztach związanych z ciążą. Jego rodzina odcięła się od problemu.

Chęć wspólnego zamieszkania nie zawsze jest jednoznaczna z liczeniem się z możliwością poczęcia dziecka. Zadziwia mnie ta sytuacja, gdyż w dzisiejszych czasach, pomimo bardzo rozwiniętej antykoncepcji, jedynie wstrzymywanie się od współżycia seksualnego daje 100% pewności, że nie będziemy rodzicami. Wszystkie inne metody antykoncepcyjne, cieszące się dużą skutecznością, dają w porywach 98% pewności. Cóż znaczy ta liczba? Że w przypadku poprawnego stosowania danej metody dwie kobiety na sto i tak mogą zajść w ciążę. W przypadku życia razem „na próbę” możliwe jest powołanie „na serio” do życia nowego człowieka. Wówczas można nie przejść tej próby i oblać egzamin z dojrzałości. Dlatego też z dużą dozą ostrożności powinniśmy wybierać swoich partnerów. Coraz częściej spotykam bowiem samotne młode matki, ale nie z wyboru. One były gotowe założyć rodzinę, wypełniać role społeczne. Ich partnerzy przestraszyli się jednak jak dzieci, dali sobie prawo do korzystania z braku obowiązków, nawet kosztem swojego dziecka. Tym samym te dzielne dziewczyny (podziwiam je, gdyż obroniły poczęte życie i walczą o szczęście swoich dzieci) muszą na co dzień zmagać się z wieloma barierami – szyderstwem ze strony sąsiadów, brakiem siły na funkcjonowanie po nieprzestanej nocy, z depresją, z problemami finansowymi, z pretensjami ze strony rodziców, obawami o przyszłość dziecka. Tym samym mieszkanie ze sobą na próbę może unieszczęśliwić kogoś jeszcze – dziecko. Może też dostarczyć stresu kobiecie, która może zadawać sobie następujące pytania: Czy on mnie zostawi? Czy mamy dokonać aborcji? Czy mamy wziąć ślub? Czy mamy razem wychowywać dziecko, skoro nie zdecydowaliśmy jeszcze, czy chcemy być razem? Podjęcie decyzji o ślubie wskutek ciąży sprawia, że ta jakże ważna decyzja o wyborze naszego towarzysza życia może nie zostać podjęta w pełnej wolności, zaś wynikać zwłaszcza z faktu posiadania dziecka. Czy w takim wypadku zamieszkanie razem bez ślubu jest rzeczywiście gwarantem lepszej jakości małżeństwa i rodzicielstwa?

Tragedia życiowa = to Twój problem, nie mój

Dla niektórych ludzi wspólne mieszkanie razem powinno dać im tylko i wyłącznie SZCZĘŚCIE rozumiane jako brak trosk, nieustanny śmiech, relaks. Jeżeli tak nie jest, to znaczy, że coś jest nie w porządku. Nie można zatem decydować się na mieszkanie ze sobą, jeżeli nie traktuje się bycia razem na dobre i złe. Jeżeli to zrobimy, to wcześniej lub później będziemy notorycznie zadawać sobie następujące pytania: Co się stanie, jeżeli nasza druga połówką stanie się osobą niepełnosprawną? Jak się zachowam, jeżeli się okaże, że jest poważnie chora? Co się stanie, jeżeli nie będzie mógł/mogła mieć dzieci? Jak się zachowam, jeżeli dopadnie ją/jego choroba psychiczna? Być może śmieszą Cię te argumenty i są dla Ciebie irracjonalne. Jeżeli tak, to wiedz, że zaczerpnąłem je z własnych obserwacji lub z forów internetowych. Zadziwiająco w każdym z przypadków, osoba poszkodowana przez los zadawała sobie pytania: Dlaczego nie mogłam/em na niego/nią liczyć? Dlaczego nawet nie spróbował/a i tak szybko odszedł/a? Czy w małżeństwie też by mnie zostawił z tym problemem? Co więcej, w każdym przypadku wymienione osoby stwierdziły, że brak wsparcia i porzucenie w przypadku wspólnego mieszkania razem były dla nich bardziej bolesne, aniżeli gdyby ich związek polegał tylko na spotykaniu się. Wspomniane osoby były przekonane, że wspólne zamieszkanie to większa odpowiedzialność, poważny krok na przód. W konsekwencji na własnej skórze doświadczyły skutków pośpiechu – uszkodzone stały się niepotrzebne.

Czy wszystko musi być na próbę?

To zadziwiające, że współcześnie wiele osób (zwłaszcza mężczyźni) chce kogoś testować. Takich możliwości nie ma nawet w przypadku produktów w większości sklepów, a co dopiero w przypadku ludzi. Niestety życie to nie handel, zaś reklamacja boli. Moim zdaniem nie można żyć na próbę, kochać na próbę, umierać na próbę. Będąc w związku na próbę, można na serio doprowadzić do wielkiej tragedii, narażając siebie na kolejny stres czy wyrzuty sumienia.

Na koniec mała statystyka pana Jacka Pulikowskiego – eksperta w temacie relacji damsko-męskich i wspólnego życia:

90% kobiet żyjących w wolnych związkach liczy, że zakończy się on małżeństwem, a 80% mężczyzn w ogóle takiego wariantu nie zakłada.

To są rzeczywiste realia, nie kobiece marzenia, nie męskie zapewnienia i słowny bullshit, tylko samo życie.

__________________________________________________________________________

Marek Misiek ma 27 lat, pochodzi z małej miejscowości w Małopolsce, a od kilku lat mieszka w Poznaniu. Na co dzień pracuje w fundacji charytatywnej. W wolnym czasie gra w tenisa, angażuje się w wolontariat w Rodzinie Matki Bożej Bolesnej oraz jest trenerem w Akademii Reissa. Wspólnie ze swoją dziewczyną należy do Ruchu Czystych Serc. Artykuł pochodzi z jego bloga: www.kochacdojrzale.pl.

Dodaj komentarz


*

ŚWIĘTY O POWOŁANIU

Książka teolożki Marty Kowalczyk Błogosławiona Dorota z Mątowów. Życie i duchowość to przede wszystkim zapis duchowych doświadczeń tej mistyczki z XIV wieku....

RECENZJE

0 29

W historii Narodu Wybranego było wiele kobiet, które odegrały w niej jakąś rolę, mniej lub bardziej ważną. Była Ewa, a tuż za...